sobota, 24 listopada 2018

Rozdział 6


Dłoń Tamary drżała, gdy naciskała klamkę. Z trudem przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi. Wzięła głęboki oddech. Rozejrzała się dookoła, wypatrując jakiejkolwiek żywej istoty, ale nikogo nie dostrzegła. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć, a może czuć przerażenie. Mocno zacisnęła palce na pasku torby i ruszyła. W głowie ciągle powtarzała słowa dodające jej odwagi.
Wszystko będzie dobrze. Bądź silna! Musisz być twarda.
Nic nie działało.
Szczęśliwie dotarła do szkoły, ale ile nerwów to ją kosztowało. Szybko przemknęła do sali, gdy na końcu korytarza dostrzegła sylwetkę Patyczaka. Za nic nie chciała konfrontacji z tą bandą chamów. Chociaż wątpiła, aby zaczęli jej dokuczać przy świadkach. Jakimś cudem zawsze wybierali momenty, kiedy upatrzona przez nich ofiara nie miała towarzystwa.
Lekcje niesamowicie się dłużyły, a tak bardzo chciała już spotkać się z Chrisem. Gdy tylko przyszedł czas na lunch, Tamara szybko wzięła swoją porcję i usiadła przy stoliku obok Paula. Zawzięcie rozmawiał z Fay. Oboje nawet nie zwrócili uwagi na swoją koleżankę. Dzięki temu Tamara mogła spokojnie zająć się jedzeniem i wypatrywaniem przyjaciela, który dopiero kilka minut później dosiadł się wraz ze swoim kumplem – Rickiem. Przewyższał Chrisa o kilka centymetrów, miał szersze ramiona, a krótko ostrzyżone ciemne włosy uwydatniały kwadratową szczękę. Często wysoko unosił głowę, patrząc na ludzi z góry, czego Tamara nie lubiła. Szybko przeniosła spojrzenie na przyjaciela, ciesząc się w duchu, że w końcu się zjawił. Sama jego obecność wystarczyła, aby poczuła się znacznie lepiej i pewniej.
– Ładnie to tak tyle czasu nie odpisywać na wiadomości? – odezwał się Chris, zerkając na swoją przyjaciółkę. – Nie myśl, że ujdzie ci to płazem. – Widząc spojrzenie Tamary, odrobinę spoważniał. – Jedz – powiedział znacznie łagodniej.
– Ej – wtrącił Rick, lekko szturchając Chrisa – dziś wieczorem jest impreza u Danny’ego. Jego kuzyn skombinuje alkohol.
– Nic z tego. Jutro rano muszę być na zajęciach. Poza tym dziś jestem zajęty. – Poklepał kumpla po ramieniu.
– Randka? – zapytał ze zdziwieniem. – Mel, czy jakaś nowa panna?
– Tami.
– To możecie przyjść razem. W czym problem? Dziewczyna się trochę rozerwie. I tak wygląda jak siedem nieszczęść. Łyknie sobie coś mocniejszego i od razu jej się humor poprawi.
Tamara spojrzała na Ricka jak na ostatniego idiotę. Miała ochotę odpowiedzieć mu jakąś ripostą, ale niestety nic nie przychodziło jej do głowy.
– No co się tak na mnie patrzysz? Musisz nauczyć się bawić albo sobie faceta znaleźć. Nie moja wina, że jesteś ponurakiem – stwierdził, wpychając do budzi sporą ilość posiłku.
– Nie moja wina, że twój mózg jak upadł, tak już nie powstał – warknęła wściekle, a cały apetyt szlag trafił. – Zresztą, co się dziwić, jak ty myślisz czymś innym.
– I to powstaje wtedy, kiedy trzeba – wzruszył lekko ramionami i uśmiechnął się zwycięsko.
– Zboczeniec – mruknęła, krzywiąc się. Pośpieszyła się ze zjedzeniem lunchu.
– Już, wystarczy – wtrącił stanowczo Chris, gdy Rick otwierał usta.
Gdy tylko skończyła swój posiłek, zebrała się i bez słowa opuściła znajomych. Rick strasznie działał jej na nerwy. Już sama jego obecność bardzo ją drażniła, a ta wymiana zdań wystarczyła, żeby mieć jeszcze bardziej zepsuty humor.
Ledwo opuściła stołówkę, a ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się gwałtownie, a serce podeszło do gardła. Widząc przyjaciela, natychmiast się uspokoiła.
– Nie strasz – rzekła cicho, wzdychając.
– Spokojnie. Chodź.
Chris zaprowadził ją do hali sportowej. Jak tylko usiedli, chłopak od razu przeszedł do sedna.
– Tami, co się dzieje? Wyglądasz, jakby ktoś cię z krzyża zdjął.
Zerknęła w jego błękitne oczy, od których aż biła troska i niesamowity spokój, ale to nie jedyna cecha, która podobała się Tamarze. Najbardziej lubiła w nim tę dojrzałość. Bystre spojrzenie. Poważne podejście do tematu i nie bagatelizowanie problemu. Czegokolwiek by mu nie powiedziała, nigdy by jej nie wyśmiał. Teraz miała idealną okazję do wyjawienia całej prawdy. Do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co leżało na sercu. Słowa samoistnie cisnęły się na usta, ale poczuła pewną blokadę. Co, jeśli tym razem Chris nie zrozumie?
Zawahała się, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
– Nic – wychrypiała. Właśnie pożałowała, że to powiedziała.
– Przecież widzę – odparł łagodnie. – Tami, co jest? No wyrzuć to z siebie, a poczujesz się lepiej. Poza tym co dwie głowy, to nie jedna. Jak masz jakiś problem, to razem coś wymyślimy.
Popatrzyła na przyjaciela przez dłuższą chwilę. Wewnętrzny głos niemal krzyczał, aby w końcu się zwierzyła, ale nie potrafiła. To zbyt trudne, głupie, niedorzeczne. Chris tego nigdy w życiu nie zrozumie. Zacisnęła usta w wąską linię i odgarnęła kosmyk włosów za ucho.
Wzięła głęboki oddech, zbierając się na dowagę.
– W środę poszłam do pana Lee – zaczęła niepewnie, bawiąc się palcami. – Co prawda… nie było go tam, ale weszłam do domu.
Chciała zapaść się pod ziemię. Czuła ucisk w żołądku. Zdawała sobie sprawę z tego, jak to wszystko brzmi.
– W środku zastałam jakiegoś faceta i… – przymknęła na chwilę oczy. Wszystko wróciło. Przypomniała sobie, gdy po raz pierwszy zobaczyła Alexa. To przyciągające spojrzenie, które niemal obezwładniało, choć nic nie mogło równać się z głosem mężczyzny. Te dziwne uczucie, kiedy do niej mówił. Moment, kiedy stał tak blisko niej, że aż pragnęła się w niego wtulić. Potem całe to zajście. Nigdy go nie zapomni. Czuła się równie brudna, skażona, jakby została molestowana. Na samą myśl o tym poczuła wypieki na twarzy. W jaki sposób miała to powiedzieć Chrisowi? To było żenujące! – …z początku był miły, ale potem mnie zaatakował. Spokojnie, uciekłam mu – dodała pośpiesznie, widząc złość przyjaciela. Przeczuwała, że będzie smażyć się w piekle za te kłamstwa. Była potworem.
– Byłaś na policji?
Pokręciła głową.
– Czemu!? A Elizabeth wie?
– Wie.
– I? Nic z tym nie zrobiła?
– To nie jest takie proste… – powiedziała cicho, marszcząc czoło. Teraz się zastanawiała, czy aby na pewno dobrze zrobiła. Jak miała to sprostować, omijając najważniejszą część? Nic nie przychodziło jej do głowy, poza zapewnieniem Chrisa, że wszystko w porządku, ale to bezcelowe starania.
Chłopak próbował panować nad sobą, nie przybierać ani oskarżycielskiego tonu, ani pokazywać zdenerwowania oraz niepokoju. Tamara jednak znała go na tyle dobrze, że czuła jego złość. Widziała ją w oczach Chrisa.
– Tami – zaczął spokojnie. – Musisz z tym iść na komisariat…
– Chris, nie! – przerwała mu ze stanowczością. Żałowała, że się w to wpakowała.
– Tak, musisz. Posłuchaj mnie. Wiem, że to trudne i wstydliwe, ale on próbował cię zgwałcić i powinien iść do więzienia.
Rumieńce pojawiły się na jej policzkach. Z przerażeniem patrzyła na przyjaciela.
– Co…? To nie tak…! On nie próbował mnie… Nie…! Chris, proszę cię – westchnęła z rezygnacją. Przymknęła na chwilę oczy, myśląc gorączkowo nad odkręceniem całej tej sytuacji. – Po prostu mnie zaatakował. Nic więcej.
– Jak to „po prostu”? Musiał mieć jakiś powód – wyjaśnił.
Jego stoicyzm ani na trochę go nie opuścił. Tamara nie miała pojęcia, jak on to robił, że potrafił tak dobrze nad sobą panować. Jej dłonie już zaczęły się lekko trząść, głos momentami drżał, a oczy się zaszkliły. Nie chciała dłużej o tym rozmawiać. Nie tutaj.
– Dobra, pogadamy po szkole, ale wtedy wszystko mi powiesz.
– Chris… – spojrzała na niego prosząco, aby dał już spokój.
Ten tylko wyciągnął do niej dłoń i czekał, aż Tamara złoży obietnicę. Westchnęła ciężko i nie mając innego wyjścia, splotła swój mały palec z jego palcem, a na koniec razem złączyli kciuki. W ten sposób dziewczyna nie mogła już uciekać się do kłamstw. Bała się. I to potwornie, ale skoro już dała słowo, to nie miała innego wyjścia.
– Chodź. Zaraz zacznie się angielski – uśmiechnął się pokrzepiająco, co dodało Tamarze odrobinę siły. Była też wdzięczna za zmianę tematu.
Oboje nieśpiesznie ruszyli do sali.
– Może zrobimy sobie dzisiaj nocny maraton filmowy? – zapytał Chris, delikatnie szturchając przyjaciółkę.
– Ponoć jutro rano musisz wstać – uniosła lekko brew, zerkając na chłopaka.
– Zajęcia mam na dziesiątą. Równie dobrze raz mogę nie iść – wzruszył ramionami, przepuszczając Tamarę w drzwiach.
– Chcesz zepsuć sobie frekwencję i tak ryzykować? Łobuz z ciebie – skwitowała żartobliwym tonem, siadając od strony okna, a Chris zajął miejsce obok. – Twoja mama wyrzuci cię z domu.
– Może czas w końcu się zbuntować? – rzekł z łobuzerskim półuśmieszkiem. – Czasem mam naprawdę dość – spoważniał, drapiąc się za uchem i wyglądając przez okno. Przez krótki moment jego wzrok był nieobecny, jakby o czymś marzył.
Tamara niezmiernie chciałaby zajrzeć do umysłu przyjaciela i dowiedzieć się, co takiego siedzi mu w głowie. Jakie ma zmartwienia, myśli, podejście do całego świata. Co tak naprawdę jest dla niego ważne. Choć znała go trzy lata, to nadal pozostawał dla niej zagadką. Wciąż pamiętała, gdy po raz pierwszy się poznali, kiedy jeszcze mieszkali po sąsiedzku. To ten ujmujący, szczery uśmiech ją wtedy onieśmielił, a zarazem pozwolił, aby przełamała barierę nieśmiałości. Przyjazne nastawienie Chrisa udzielało się i jej, dzięki czemu z czasem mu zaufała, ale też ich relacja się zawęziła. Razem spędzali popołudnia, często grając w koszykówkę na podjeździe u państwa Sorenów. W deszczowe dni oglądali filmy albo grali w gry planszowe lub karciane. I mimo że to on zawsze miał pogodne nastawienie i wiecznie uśmiechniętą buzię, to nie udało mu się nauczyć Tamary, jak się śmiać. Potem nadszedł czas zmian. Wesoły i roześmiany chłopak przygasł, zmienił się w jeszcze bardziej dojrzałego młodzieńca. Pogrążył się w nauce, a jego blask w oczach coraz bardziej słabł, aczkolwiek Chris do tej pory udawał, że dalej pozostał tą samą osobą, co kiedyś. Jednakże Tamara widziała tę zmianę i po części winiła matkę chłopaka. Kobieta zaczęła naciskać na niego, żeby uczył się coraz lepiej, skoro chciał pójść w ślady ojca. Pani Soren pokładała ogromne nadzieje w swoim pierworodnym, ale nie potrafiła zobaczyć, że to go wyniszcza. A może nie chciała tego widzieć.
Po zajęciach Tamara i Chris wybrali dłuższą drogę przez park. Zawsze lubili tędy chodzić, gdyż to miejsce sprawiało niesamowite wrażenie odizolowania. Niemalże inny świat; pełen spokoju, ciszy i piękna matki natury. Ciasno posadzone krzewy różnej wielkości oraz koloru, spora ilość drzew, których liście szeleściły na wietrze, a do tego strumyk z liliami wodnymi. Jedynie ścieżka prowadziła przez ten gąszcz zieleni. Błogi azyl od całego szarego i fałszywego świata, od wiecznie śpieszących się ludzi z wrogim nastawieniem do każdej osoby.
– Wysłałeś już aplikacje do uczelni? Jakie w końcu wybrałeś? – zapytała Tamara, zerkając na przyjaciela.
– Yale, Harvard, Harborvier i Johna Hopkinsa. Chociaż matka chce, bym poszedł do Harborvier ze względu na Christie. Jak powiedziała – westchnął ciężko – będę mógł częściej ich odwiedzać, a i Christie nie straci brata.
Tamara zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc postawy rodzicielki Chrisa.
– Wkurza mnie to, że mówi mi, co mam robić, gdzie iść. Czekam tylko do skończenia szkoły i wyjeżdżam na Florydę.
– Do dziadka?
– Mhm – pokiwał głową. – Trochę zarobić i skorzystać z uroków Florydy – uśmiechnął się znacząco.
– Dalej ci zabrania pracować? – uniosła brew, poprawiając torbę na ramieniu.
– Taa… „Masz się uczyć, a nie tracić czas na pracę” – powiedział, naśladując wysoki ton swojej matki.
– Nie rozumiem tego – prychnęła cicho, drapiąc się po skroni. – Przecież to nic złego, że chcesz mieć własne pieniądze na start!
– Mi to mówisz… – rzekł cicho. – Wiesz, jaka ona jest. Nie przegadasz… – urwał, na chwilę przystając. Odwrócił się niespokojnie, po czym ponownie ruszył.
– Co jest? – zapytała, bacznie obserwując Chrisa. Rozejrzała się, choć niczego ani nikogo nie dostrzegła.
– Nic – odparł szybko. – Chodź. Jestem strasznie… – zamilkł i ponownie przebiegł wzrokiem dookoła. Nagle znacznie zbladł, a do tego zesztywniał, jakby był czymś wystraszony, chociaż wyglądał na spokojnego.
– Chris? – spytała niepewnie, również się zatrzymując i rozglądając. Przygryzła wargę, nie wiedząc, dlaczego jej przyjaciel tak się dziwnie zachowuje. Przyjrzała mu się dokładnie i stanęła naprzeciwko niego. – Ej, dobrze się czujesz? – Pstryknęła palcami tuż przed jego twarzą, ale nie zareagował. Nawet nie mrugnął. – Hej!
– Znów się spotykamy, Aniele.

Obserwatorzy