niedziela, 16 września 2018

Rozdział 4

Tęczówki Alexa zmieniły swój kolor z brązowych na zielone. Parę sekund później rozległ się dziwny dźwięk. Przypominał skwierczenie. Z dłoni nieznajomego wydobywała się pewnego rodzaju złocista poświata. Ten dziwny ładunek bił niesamowitym ciepłem.
Wytrzeszczyła oczy, wpatrując się w to „coś”. Alex szybko cisnął kulą prosto w klatkę piersiową dziewczyny.
Zachłysnęła się powietrzem. Dopiero po krótkiej chwili poczuła rozdzierający ból w sercu. Zaczęła się dusić. Brakowało tlenu. Zamiast krzyku, z gardła wydobyło się jedynie charknięcie. Panicznie bała się, że zaraz połknie własny język i się nim udławi. Blada cera dziewczyny niemal natychmiast zrobiła się czerwona. Tętno przyśpieszyło, serce zaczęło walić jak młotem. Czuła, jak ta dziwna energia zaczyna rozprzestrzeniać się po całym ciele. Jakby połknęła roztopione żelazo i miała się zaraz spalić, roztopić. A może to już się działo.
Alex ją puścił. Upadła z łoskotem. Zaczęła się wić na podłodze, zaciskając palce na swoim płaszczu. Łzy bezsilności same spływały po twarzy Tamary. Chciała umrzeć, aby cierpienie jak najszybciej się skończyło. Nieliczne wspomnienia zaczęły przepływać przez głowę. Choć najbardziej bolały ją myśli o tym, że już zapewne nigdy nie zobaczy najlepszego przyjaciela ani Elizabeth – swojej przyszywanej matki. Nie spędzi już z nimi czasu, nie porozmawia, nie pożegna się. Nie podziękuje za to, że byli przy niej i ją wspierali. Nie przeprosi za swoje błędy. Tak po prostu zniknie z ich życia. Czy będą za nią tęsknić? Czy choć przez chwilę poczują odrobinę smutku, kiedy zniknie z tego świata? Tak bardzo pragnęła, aby jedno z nich teraz było przy niej. Chciała, chociaż ostatni raz ich zobaczyć.
Wrzasnęła, chcąc w ten sposób wyrzucić z siebie wszelkie uczucia, emocje, pozbyć się boleści i rozpaczy. Krzyk przemienił się w szloch. Gardło zaczęło pobolewać, ale to nic w porównaniu z piekłem wewnątrz niej.
Głucha cisza doprowadzała do szaleństwa. Przestała mieć władzę nad własnym ciałem, które wykrzywiało ją, jakby demon nad nią zawładnął. Poczuła pewną obecność wewnątrz siebie. Niemo krzyczała, aby to coś się wyniosło. Zostawiło ją w spokoju. Czuła go. Wiedziała, że tam jest. Coś złego i potężnego. Złapała się za głowę, warcząc ze złości i bezsilności. Chciała jakoś odpędzić to coś, lecz nie wiedziała jak.
Kolejne potężne ukłucie w klatce piersiowej pozbawiło ją możliwości oddychania. Znów zaczęła się dusić. Pojawiły się mroczki przed oczami. Rozchyliła usta w niemym krzyku, mimowolnie wytrzeszczyła oczy, źrenice powiększyły się do granic możliwości. A potem… wszystko puściło jak za dotknięciem magicznej różdżki. Ze spokojem opadła na podłogę. Strasznie się spociła z tego gorąca. Kiedy w miarę odzyskała władzę nad sobą, w pośpiechu zdjęła płaszcz. Próbowała podnieść się i stanąć o własnych nogach, ale pierwsze kilka prób skończyło się fiaskiem. Wciąż upadała na trzęsące się kolana.
Zaczęła szlochać.
To wszystko wina Alexa. Nie wiedziała, co jej zrobił, kim właściwie był. Zadrżała na samo przypomnienie o jego zmieniających się oczach, o tej niespotykanej energii. Nie chciała w to wierzyć. Miała nadzieję, iż zaraz obudzi się z potwornego snu i wszystko wróci do normy.
Drżącą ręką wyciągnęła komórkę. Z wielkim trudem znalazła kontakt do swojego przyjaciela i wcisnęła zieloną słuchawkę. Dyszała ciężko, próbując stanąć na drżących nogach. Powoli i z wielkim trudem ruszyła w kierunku wyjścia. Pragnęła tylko wrócić do domu. Nagle przestała przejmować się, że zostawi otwarty dom pana Lee, że zapewne wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy. Pragneła znaleźć się w bezpiecznym miejscu.
Jęknęła, gdy przyjaciel nie odebrał telefonu. Spróbowała zadzwonić do swojej przybranej matki, ale odezwała się poczta głosowa. Świetnie, pomyślała ze złością. Wyszła na zewnątrz, taszcząc za sobą płaszcz. Chłód zbliżającego się wieczoru uderzył i przyprawił Tamarę o przyjemny dreszcz. Nigdy się tak nie cieszyła na zimniejsze powietrze, jak teraz. Równie chętnie wskoczyłaby do wanny pełnej kostek lodu. Byleby ostudzić ciało.
Zeszła powoli ze schodów, a na ostatnim potknęła się i z impetem wpadła na drewniane ogrodzenie. O mało znów nie upadła na kolana, ale jakoś dała radę utrzymać się w pionie. Ponownie próbowała dodzwonić się do Chrisa, ale ten nie odbierał.
Jak zwykle, kiedy potrzebowała pomocy, nikogo nie miała. Musiała radzić sobie sama. Zawsze. Ogarnęła ją irytacja. Nie tylko na Chrisa i przybraną matkę, ale również na jej życie, na nią samą. Na przypadki, które ją spotykały. To wszystko dręczyło, było jak kula u nogi, ciągnąca w dół bezkresnego morza. Do tego jakby ktoś wbijał nóż prosto w serce.
Pociągnęła nosem, idąc bocznymi uliczkami. Miała w głębokim poważaniu, czy dzisiejszego wieczoru cokolwiek ją jeszcze spotka. Chętnie poddałaby się temu świrowi Alexowi, aby zakończył jej marne życie. Nie bała się, wręcz przeciwnie. Mogłaby spojrzeć w oczy samej śmierci.
Nie miała niczego. Ani prawdziwej rodziny, ani wspomnień… ani własnej tożsamości. Wszystko wydawało się takie sztuczne, zakłamane. Nie znała prawdy, a odkąd pamięta, to pojawiały się epizody, w których los podkładał kłody po nogi. Jakby wisiało nad nią jakieś fatum i nie potrafiła tego zmienić.
Wzięła głęboki oddech. Organizm był już na wyczerpaniu, a droga do domu daleka. Ból w klatce piersiowej powoli zanikał, ale gorąco nie ustępowało. Serce biło już miarowo, lecz głowa zaczęła niemiłosiernie boleć. Pulsowała, jakby zaraz miało rozsadzić jej czaszkę. Oczy trochę piekły, ale Tamara nie chciała ich trzeć. Nadal miała resztki makijażu i pewnie pogorszyła by tylko sytuację.
Uczucie czyjejś obecności różnież zanikło.
Ucieszyła się, gdy w końcu skręciła w Lakeshore. Ostatni kawałek drogi przebyła truchtem. Z trudem drżącą ręką otworzyła drzwi. Nie kwapiła się, by powiesił kurtkę, po prostu rzuciła ją na barierkę i poczłapała po schodach prosto do łazienki. Pośpiesznie rozebrała się i weszła pod prysznic. Zimna woda ostudziła rozgrzane ciało, co przyniosło niesamowite ukojenie. Teraz mogła na spokojnie zebrać myśli. Odetchnąć z ulgą. Jest bezpieczna. Teoretycznie.
Kim był Alex? Co takiego właściwie się wydarzyło? Czy to wszystko faktycznie miało miejsce? Nie mogła uwierzyć, że kolor tęczówek tego mężczyzny się zmieniły. Do tego ta energia… poświata… cokolwiek to było, wniknęło w jej ciało! Widziała to na własne oczy! A potem czuła piekło wewnątrz niej. Myślała, że tam skona.
Jak to było możliwe? Czym dokładnie ją zaatakował? Co konkretnie jej zrobił? Czy to była jakaś magia? Jakoś nie mogła uwierzyć, aby istniało coś takiego. Przecież to było niemożliwe! Nie istniało nic takiego jak czary, magia, czy cokolwiek podobnego! To wykraczało poza ludzkie pojęcie, poza ludzkie możliwości, prawa fizyki, naukę…
A może jednak…
– Tamara?
Wzdrygnęła się, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Gwałtownie spojrzała w tamtą stronę, a serce podeszło do gardła.
– Wszystko w porządku? – zapytała matka.
– Tak! – odparła chłodno. Dlaczego w spokoju nie mogła wziąć prysznica? Czy to było aż tak dziwne? Czuła się jak pod obserwacją. Zero swobody. Może jeszcze będzie musiała się tłumaczyć, czemu tak wcześnie się umyła. Bezsens.
– Nie musisz się złościć. Po prostu pytam. Chcę wiedzieć, czy wszystko w porządku – powiedziała kobieta.
Tamara tylko przewróciła oczami. Nie była przecież dzieckiem, aby ślęczeć nad nią i ciągle pytać, co u niej. Fakt, że dziś została zaatakowana przez kolejnego świra, nie znaczyło, że chciałaby akurat się z tego spowiadać. Elizabeth w życiu by jej nie uwierzyła. Ledwo przeżyła wieść o napadzie poprzedniego wariata z nożem, a co dopiero wiadomość o jakimś Alexie, który de facto poczęstował Tamarę magiczną kulą. Nic z tego nie miało sensu. Wydawało się ironiczne, wyrwane z jakiegoś dziwnego snu.
Przetarła twarz i zaczęła porządnie szorować skórę. Zmyć z siebie cały ten brud. Ewentualne pozostałości po tym czymś. W pewnym momencie zaczęła się zastanawiać, co by było gorsze. Gwałt czy właśnie to, co się stało. Ale przeżyła i miała się dobrze. Przynajmniej na chwilę obecną, a to najważniejsze. Jeśli cokolwiek zacznie się dziać, wtedy będzie się martwić.
Dokładnie obejrzała swoje ciało. Nie było śladu po ataku, poza lekkim zaczerwienieniem na klatce piersiowej, które i tak powoli schodziło.
Ukucnęła i schowała twarz w dłoniach. Łzy mieszały się z wodą. Głębokie oddechy przez usta miały powstrzymać od wydawania dźwięku szlochu. Ostatnią rzeczą, jaką chciała, to tłumaczenie się Elizabeth, dlaczego płakała. Jej samej ciężko było wyjaśnić, zrozumieć, co się wydarzyło. To wszystko przechodziło ludzkie pojęcie.
Ciało powoli się ostudziło, a zimna woda już przestała być przyjemna. Przyprawiała o ciarki. W końcu wstała, zakręciła kurek i wyszła. Zmyła resztki makijażu. Ogarnęła się, aby tylko szybko przemknąć do pokoju, który mieścił się obok łazienki. Tam zamknęła się, ubrała w piżamę i schowała pod kołdrą. Nie miała ochoty zająć się lekcjami, jedynie pragnęła zasnąć. Zapomnieć o wszystkim. Popłakać w ciszy, dać upust emocjom. Pozbyć się ich i mieć czysty umysł. Aby głowa przestała niemiłosiernie pulsować, a oczy przestały szczypać.
Sięgnęła po komórkę, którą wcześniej położyła na nocnej szafeczce i pod kołdrą wyszukała kontakt do Chrisa. Chciała napisać do niego SMS-a, lecz nie miała zielonego pojęcia, co konkretnie powinna w nim zawrzeć. I tak by nie uwierzył, a uznałby za wariatkę. Sam fakt, że jeszcze się z nią przyjaźnił, był zadziwiający. Po tym, jakie miała przejścia oraz przeszłość każdy by trzymał się od niej z daleka. Natomiast oni nadal się przyjaźnili. Chris stawał w jej obronie, pomagał, spędzał z nią czas i jeszcze nie miał dość, choć Tamara potrafiła dać każdemu nieźle w kość.
Nie, nie powinna mu tego mówić. Nie będzie zawracać mu głowy po tym, jak niedawno zerwał ze swoją dziewczyną. Miał własne problemy i rozterki, a ona nie chciała jeszcze dokładać swoich. Źle by się z tym czuła, tak narzucając się komuś z własnymi zmartwieniami.
Przetarła piekące oczy, a ciszę przerwało pukanie, a chwilę potem ktoś wszedł do środka.
– Jednak coś się stało – powiedziała Elizabeth, zamykając za sobą drzwi. Usiadła na skraju łóżka z wyczekiwaniem na odezw od córki.
Tamara tylko przymknęła na chwilę oczy, zaciskając palce na krawędzi kołdry. Łzy ponownie rozmazały obraz, a strach przed wyspowiadaniem się sparaliżował ją. Nie chciała nic mówić, jednocześnie pragnęła wykrzyczeć, co się wydarzyło. Schować w ramionach kobiety, poczuć odrobinę bezpieczeństwa. Usłyszeć zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, że to był jedynie zły sen. Jednak nie potrafiła. Głos ugrzązł w gardle.
– Wiesz, że zawsze możesz mi wszystko powiedzieć. Powiedz. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście – rzekła Elizabeth swoim łagodnym głosem, któremu ślepo można było zaufać. Wierzyć, że rzeczywiście wszystko się ułoży. – Ten facet znów na ciebie napadł? – zapytała z nutą przerażenia.
Tamara wydała z siebie ciche zaprzeczenie, mocniej ściskając palce na kołdrze. Kobieta odetchnęła z ulgą, ale tak szybko nie szło jej spławić.
– Pokłóciłaś się z Chrisem? Ktoś dokucza ci w szkole? – dopytywała. – Kochanie, powiedz mi.
Dziewczyna zacisnęła usta w wąską linię, z trudem powstrzymując się od płaczu. Dlaczego to było takie trudne? Chciała wyrzucić z siebie, co leżało jej na sercu. Powiedzieć o Alexie, o tej dziwnej energii, o katuszach, jakie przeszła, ale nie potrafiła. Gdyby tak była sposobność przekazania wszystkiego za pomocą jednego spojrzenia… znacznie ułatwiłoby to sprawę.
Wzięła głęboki oddech. Musi postąpić słusznie i wyjawić prawdę. Wiedziała, że im wcześniej powie, tym lepiej. Już drugi szaleniec był na wolności i nie mogło to ujść płazem. Powoli podniosła się do siadu, przetarła oczy, chcąc pozbyć się łez, po czym spojrzała na Elizabeth.
Kobieta ze zduszonym krzykiem wstała jak oparzona i cofnęła się na kilka kroków. Ze strachem patrzyła na swoją córkę. Dziewczyna przeraziła się, choć nie miała pojęcia, co tak wystraszyło Elizabeth. Natychmiast sięgnęła po lusterko, które zawsze miała w szufladzie w szafce nocnej. Spojrzała w odbicie. Zamarła, wciągajć powietrze. Z niedowierzaniem wpatrywała się w swoje przekrwione oczy, które nie były niebieskie a… fioletowe! A źrenice bardziej przypominały pionowe kreski. Zamrugała kilkakrotnie, aby mieć pewność, czy dobrze widzi. Więc jednak COŚ się z nią działo, ten rudzielec COŚ jej zrobił. Pytanie tylko: co?!
Znów chciała płakać, ale już nie miała siły. Głowa pękała, a zmęczenie dniem sięgało zenitu. Chciała jakiegoś wsparcia, ale teraz wątpiła, czy kobieta nie odeśle jej do jakiegoś wariatkowa. A może do szpitala, aby poddali ją eksperymentom.
– Co… – wyjąkała, nie mając zielonego pojęcia, jak to w ogóle wyjaśnić matce. To nie była jej wina, że wyglądała… jak wyglądała! Ona przecież nie zrobiła nic złego!
– Co się stało? – zapytała Elizabeth drżącym głosem. Zrobiła dwa kroki do przodu, ale nie zdołała usiąść na łóżku.
– Nie… nie wiem… – zachrypiała Tamara, powstrzymując się od szlochu. W głowie powstał istny chaos. Pojawiło się tyle pytań, a nie wiedziała, czy kiedykolwiek pozna odpowiedź. Czy to był moment bliski śmierci? A może zaraz zamieni się w jakiegoś gada? Cóż za irracjonalność…! Jednakże musiała wyjaśnić wszystko od początku.
Z wielki trudem, ale opowiedziała pokrótce Elizabeth, co się wydarzyło. Ta przysłuchiwała się, nadal z lękiem wymalowanym na twarzy. Tamara nie potrafiła odgadnąć, czy kobieta jej wierzy, czy też nie. Kiedy skończyła, przyglądała się uważnie matce, z niecierpliwością czekając na jakąkolwiek reakcję. Przez długą chwilę obie milczały. Elizabeth jakby szukała odpowiednich słów, aby skomentować to, co właśnie usłyszała. Odchrząknęła cicho i w końcu powiedziała:
– Wszystko będzie dobrze. – Przytuliła Tamarę i zaczęła gładzić jej plecy. – Zajmiemy się tym, ale na razie odpocznij. Zdrzemnij się. Jutro powiadomię szkołę, że nie przyjdziesz. Musisz odpocząć – mówiła, choć bez większego przekonania. – Nic ci nie będzie.
W ramionach przyszywanej matki czuła się lepiej. Może nie na tyle bezpiecznie, ale bliskość, ciepło i troska pozwoliły, choć odrobinę ukoić nerwy. To wszystko spowodowało kolejny przypływ rozpaczy. Wybuch przeróżnych emocji, od przerażenia poprzez bezsilność aż po strach przed nieznanym.
Stukot obcasów rozniósł się głuchym echem po podziemnym parkingu. Dźwięk brzęczących kluczy wydawał się zaburzać ten absolutny spokój. W pewnym momencie wyczuła dziwną aurę, przyciągającą niemal zniewalającą, ale równocześnie drapieżną. Na chwilę zatrzymała się i rozejrzała, szukając dobrze jej znanej osoby. W życiu nie przypuszczała, że jeszcze kiedykolwiek będzie dane spotkać tego człowieka. Przez głowę przemknęła myśl, aby wyciągnąć broń, jednakże chwilę potem zrezygnowała. Wiedziała, iż to bezsensu i żadna amunicja nie powstrzyma typa.
– Nie myślałam, że kiedykolwiek się jeszcze spotkamy – powiedziała głośno, nieśpiesznie krocząc w stronę swojego auta. Tam stał on.
– Widać los lubi płatać figle – odparł z czarującym uśmiechem.
– Czego chcesz? – zapytała chłodno. Otworzyła drzwi do samochodu i zerknęła na swojego rozmówcę.
– Przyszedłem się tylko pochwalić, że odnalazłem Hóng Lónga i Lán Lónga.
– Zabraliście ich? – Niemal warknęła, bacznie mu się przyglądając. Mocniej ścisnęła klamkę. – Zabiliście?
– Nie, spokojnie. Jeszcze nie czas. Na razie poczekamy. Hóng Lóng dopiero się przebudził, a właściwie to zmusiłem go do przebudzenia…
– Co takiego? – syknęła z niedowierzaniem, ale i przerażeniem. – Mogłeś go zabić! Może umrzeć w każdej chwili, jeśli to nie on! Kompletnie zwariowałeś?!
Nie potrafiła wyobrazić sobie tak nieodpowiedzialnego zachowania z jego strony. Przecież mógł się mylić i przepłacić swoim błędem czyjeś niewinne życie! Miała ogromną nadzieję, że jednak chłopak wyjdzie cały i zdrowy po spotkaniu z tym rudzielcem. Równie dobrze młody mógł w tej chwili nie żyć, a ona nawet nie mogła nic z tym zrobić.
– Jestem niemal pewien, że to właściwa osoba.
Chciała już coś odpowiedzieć, ale rozmowę przerwał dźwięk telefonu kobiety. Wolała zignorować go, lecz mężczyzna się odezwał:
– Odbierz. Na mnie i tak już czas. Innym razem jeszcze porozmawiamy. – Ruszył w stronę wyjścia z parkingu.
Jeszcze chwilę obserwowała go, ale potem wyciągnęła brzęczącą komórkę, a widząc, że to jej siostra, natychmiast wcisnęła zieloną słuchawkę. Nie miała ochoty na rozmowę ze swoją siostrą.
– Co tam, Liz? – zapytała zmęczonym głosem i wsiadła do samochodu, rzucając torebkę na miejsce pasażera.
– Ona…  – usłyszała roztrzęsiony głos Elizabeth. – Tamara… jest Posiadaczem! Przyjeżdżaj jak najszybciej! Nie wiem, co mam robić… To prawdopodobnie jeden z nich ją zaatakował i zmusił…
– Wiem, wyluzuj – przerwała. Przymknęła na chwilę oczy, próbując skupić własne myśli. Panika Liz wcale nie pomagała. – Właśnie miałam wizytę. Przylecę najszybciej, jak tylko będę mogła. Na razie nie traktuj jej jak potwora.
– Łatwo ci mówić… – westchnęła ciężko.
– Liz, uspokój się – rozkazała surowo. – Przylecę niedługo. Wszystko ogarnę. Nie martw się, ale na razie muszę lecieć.
– Dobra, na razie.
– Nara. – Rozłączyła się, ale zaraz wyszukała kolejny numer i czekała, aż pewna osoba odbierze. Nie kwapiła się z żadnym przywitaniem. Krótko rzuciła: – Znajdź mi Barida Roshana i każ mu jechać do Seattle. Natychmiast!

Obserwatorzy