sobota, 27 lipca 2019

Rozdział 9

Chociaż cała ta historia o Posiadaczach, o mocy, o Yaoguai i Odrodzeniu brzmiała nieprawdopodobnie, istniały aż dwa potwierdzenia, że świat ma swoje tajemnice.
Alex i Chris.
Dwa przykłady ich niesamowitych zdolności. Tamara widziała je, ba, nawet poczuła na własnej skórze. Trzeba byłoby jednak spotkać się z tym całym Baridem. Może dałoby radę wyciągnąć z niej moc, zrobić z niej Posiadacza z prawdziwego zdarzenia… Mogłaby zostać kimś potrzebnym, silnym, wyjątkowym. Może nie zmieni życia o sto osiemdziesiąt stopni, nie stałoby się nie wiadomo jak lepsze, ale z całą pewnością doda odrobinę osłody.
Poniedziałki nie były jej ulubionymi dniami tygodnia; ot, byle do lunchu – spotkać się z Chrisem, pogadać o tym, jak on widział całą sprawę. Usłyszeć, że nie podoba mu się ten pomysł, że nic dobrego z tego nie wyjdzie i oboje powinni odmówić. To znaczyło, że na polu została sama. Chociaż właściwie mogłaby Chrisa posłuchać – zwykle przecież tak robiła – to jednak nie tym razem. Za nic w świecie.
Pusty żołądek dokuczał jej, więc kiedy tylko usiadła przy stoliku na stołówce, niemal od razu pochłonęła sałatkę, sandwitcha i jabłko. Aż Chris ją upomniał, aby tak szybko nie jadła, bo to niezdrowe.
– Musisz mi pomóc – powiedział Rick, zwracając się do Fay. – Jak znowu obleję z hiszpańskiego, to trener mnie zawiesi.
– Wystarczy, że przysiądziesz do nauki.
– Przysiadam! Siedzę pięć minut, a potem jakoś samo wychodzi, że robię co innego. Hiszpański to nie moja bajka. Nie mam do tego głowy.
– A do czego masz? – zapytała Tamara.
– Na pewno nie do nauki – mruknęła Fay.
– Jestem sportowcem, nie nauk…
Tamara wzdrygnęła się, widząc, jak Rick z hałasem upada na podłogę. Wszyscy zwrócili na niego uwagę i na Andy’ego, który zwalił go kopnięciem. Chłopak wskazał palcem na leżącego i z groźną miną powiedział:
– Odpieprz się od mojej dziewczyny albo pożałujesz.
Rick wstał, z kpiną patrząc na Andy’ego.
– Huhu, już się boję. Z tego, co wiem, to już nie jesteście razem.
Tamara patrzyła to na Ricka, to na Andy’ego. Nie chciała, żeby doszło do bójki, ale chętnie by popatrzyła, jak jej prześladowca dostaje za swoje. Oby tylko sama nie musiała się w to mieszać.
– Ostrzegam cię – rzekł Andy, podchodząc bliżej Ricka. – Nie zbliżaj się do niej.
– Bo co?
– Bo cię zniszczę, frajerze – wysyczał.
– No to dawaj.
– Rick – wtrącił Chris, wstając. Podszedł do nich i próbował ich rozdzielić. – Rick, daj spokój.
– A ty, lalusiu, się nie wtrącaj. – Andy odepchnął go.
Rick rzucił się na niego. Zaczęli się szarpać. Większość uczniów wstała i podeszła bliżej. Niektórzy okrzykami podjudzali walczących. Chris i jakiś przypadkowy uczeń próbowali rozdzielić tę dwójkę.
Tamara, widząc całe zamieszanie, czuła niesamowitą mieszankę, której za nic nie potrafiła zrozumieć. Pierwszy raz doznała czegoś takiego. Strach, złość, ekscytacja. Zacisnęła palce na trzymanym widelcu.
Andy tak się zirytował na Chrisa, że w końcu uderzył go w twarz. Rick natychmiast oddał za przyjaciela. Krzyki rozniosły się po stołówce. Tamara wstała, zwalając krzesło. Kurczowo trzymała widelec. Nawet nie wiedziała, że tak szybko pojawiła się tuż przy Andym. Z całej siły wbiła sztuciec w ramię. Chłopak zawył z bólu. Spojrzał na nią wściekle i spoliczkował. Na tyle mocno, że upadła na stolik.
Była oszołomiona, lecz pieczenie policzka podziałało na nią jak płachta na byka. Zacisnęła dłoń w pięść i już miała wstać, gdy rozległ się wrzask ochroniarza.
– Do dyrektora!
Chris złapał Tamarę za ramię, ale natychmiast cofnął rękę z cichym sykiem.
– Uspokój się – szepnął.
Nie wiedziała, o co mu chodzi. Wstała, przełykając ślinę. Była w szoku. Nie do końca wiedziała, co się stało, dlaczego musiała iść do dyrekcji razem chłopakami. Blisko trzymała się Chrisa. Patrzyła na mijane zaciekawione twarze uczniów. Mówili coś, lecz nie rozumiała ich słów. Spuściła głowę.
Czuła potworne gorąco. Dyszała ciężko. Dopiero teraz pieczenie policzka zaczęło jej doskwierać. Złapała się za niego, ale to nie przyniosło ulgi.
To Andy ją uderzył. Po tym, jak wbiła mu widelec w ramię.
Chwila.
Widelec? Czy… naprawdę to zrobiła? Jak? Kiedy? Miała tyle siły?
Nie. To niemożliwe!
Zerknęła na Chrisa, szukając u niego wsparcia, ale nawet na nią nie spojrzał.
Wizyta u dyrektora była niczym w porównaniu z wezwaniem Elizabeth. Choć zawód w jej oczach ugodził Tamarę w pierś, to wcale nie czuła się winna. Andy sobie zasłużył
– Masz szlaban do końca życia – odezwała się Elizabeth, kiedy obie weszły do domu. – Żadnego komputera, żadnego wychodzenia poza szkołą. Co ci strzeliło do głowy?
Tamara zacisnęła dłonie w pięści.
– Wbijać widelec w ramię? Zwariowałaś?
– Tak, jestem wariatką! – krzyknęła, patrząc na nią. – Od razu może zamknij mnie w psychiatryku, bo jestem niebezpieczna dla otoczenia!
– Uspokój się i nie krzycz.
– Bo robisz ze mnie potwora! Widzisz tylko moją winę! Jaka to ja nie jestem zła i szurnięta! Szkoda, że nie wiesz, że ten gnój od początku roku się nade mną znęcał! Obrażał, wyzywał, poniżał, ale tak, to ja jestem najgorsza. Szkoda, że mu noża w dupę nie wbiłam…
– Tamara! Nie będziemy tak rozmawiać. Marsz do pokoju i masz się uspokoić.
– Jestem spokojna! – warknęła, idąc na górę. Zostawiła tylko torbę na łóżku, po czym wyszła z domu. Ignorowała ostrzeżenia Elizabeth. Miała je gdzieś. Ona niczego nie rozumiała. Była niesprawiedliwa!
Żwawo szła przed siebie. Nie wiedziała, gdzie poniosą ją nogi. Potrzebowała ochłonąć. Wierzyła, iż świeże powietrze dobrze jej zrobi. Pragnęła jedynie spokoju. Ciszy. Miejsca, w którym będzie mogła pomyśleć. Pobyć sama. Tak bardzo chciała być dorosła. Decydować o sobie. Stać się silną, niezależną kobietą. Jak Sandra.
Przez głowę przemknęła myśl o zostaniu Posiadaczem. Gdyby tylko udało jej się udowodnić, że naprawdę ma w sobie jakąś moc… Życie stałoby się znacznie piękniejsze! Zazdrościła Chrisowi. I Alexowi. Mogli być kimś. Mieć władzę. Siłę. A ona… nadal słaba jak dziecko.
Dysząc, dotarła do ulubionego parku i zatrzymała się dopiero na mostku. Oparła ręce o  barierkę, wdychając chłodne powietrze, które studziło jej zszargane nerwy. Gdyby tak mogła uciec… daleko stąd. Gdzieś na drugi koniec kraju, gdzie jest ciepło. Może na Florydę. I zacząć od nowa. Wymazać z pamięci wspomnienia tak jak poprzednie. Zablokować do nich dostęp. O wiele wygodniej jest sobie z tym radzić, kiedy nie pamiętasz niczego, nie czujesz niczego. Nie rozmyślasz o przeszłości. O krzywdach, jakie cię spotkało ani o błędach. Nie ma tęsknoty za nieznanymi ludźmi.
Tak było łatwiej.

*
Rzucił się w bok i obiema rękoma złapał piłkę. Dobrze, że w ostatniej chwili udało mu się obronić, inaczej by przegrali. Wstał powoli, rozejrzał się po boisku, patrząc, kto nie był kryty przez przeciwnika, po czym mocno wyrzucił piłkę do środka boiska.
Czuł się zmęczony i osłabiony. Ledwo coś zjadł podczas lunchu, stracił apetyt, choć nie wiedział dlaczego. Chętnie uciąłby sobie drzemkę, bo powieki mu ciążyły. Czekał tylko do końca treningu, by potem spotkać się z Tamarą i pogadać. W końcu do jutra musieli dać znać Sandrze i Baridowi, jaką decyzję podjęli. Chris ani trochę nie chciał się w to wplątywać, ale przez to, że Tamara była niemal napalona na całą sprawę, sam zaczął się zastanawiać, co z tym zrobić. Co, jeśli tamta dwójka miała rację i jakieś Stowarzyszenie będzie chciało dobrać mu się do skóry? W końcu miał okazję poznać dwójkę z Odrodzenia i wcale nie wydali się sympatyczni.
Może na razie sprawdzi, czy treningi z Baridem coś pomogą, może nie będzie musiał się wplątywać w jakąś wojnę z organizacją. Nauczy się czegoś nowego i w razie czego będzie umiał się bronić, gdyby ktoś mu groził. Tylko jak wyjaśnić matce, gdzie znika na tyle godzin? Na pewno będzie dociekała, co robi, gdzie i z kim. Brakowało, żeby mu nadajnik założyła. Nie mógł się doczekać, aż tylko skończy szkołę i się wyprowadzić do innego miasta.
Trener zagwizdał dwa razy, ogłaszając koniec meczu. Wszyscy udali się do szatni. Chris szybko wziął prysznic, ogarnął się do wyjścia, wziął torbę, zarzucił plecak na ramię i wyszedł. Tamara już na niego czekała przy drzwiach wyjściowych ze szkoły.
– Co tam? – zagadał.
– Podjąłeś decyzję? – zapytała, chowając dłonie do kieszeni płaszcza i razem opuścili budynek.
– Nie. Nadal nie jestem przekonany. Widzisz mnie w roli wojownika?
Tamara zerknęła na niego, lekko przechylając głowę.
– Niekoniecznie musisz być od razu wojownikiem. Po prostu… nie uważasz, że to super sprawa? Nauczyć się nad tym panować? Mamy okazję, aby ktoś nam w tym pomógł. To lepsze rozwiązanie nić być samoukiem. Oczywiście nie chcę cię do niczego zmuszać ani mocno namawiać. Zrobisz, jak będziesz uważał. Sandra dzwoniła w środę, żebyśmy najpóźniej jutro dali znać, dlatego chciałabym wiedzieć, co mam jej powiedzieć, bo ja na pewno idę. Tylko nie wiem, co z tobą.
Był między młotem a kowadłem. Chociaż… może Tamara miała rację, nic nie zaszkodzi spróbować. Jeden raz go nie zbawi.
– Dobra… pójdziemy razem – powiedział z ciężkim westchnięciem. – Ale od razu mówię, że nie jest to umowa wiążąca na przyszłość. Matka by mnie wywaliła, jakbym miał jeszcze częściej wybywać z domu.
– Dzięki! – Tamara aż lekko podskoczyła z radości.
Chociaż ona się cieszyła.

Obserwatorzy