środa, 14 marca 2018

5. Złodziej - one shot

Wygodnie usiadła na fotelu – jedynym meblu pozostałym w tym mieszkaniu. Jedynym czymkolwiek, co pozostało. Nie musiała zamykać oczu, bo ciemność w zupełności wystarczyła, aby zebrać myśli i czekać cierpliwie na swojego gościa. Na jej kolanach spoczywał miecz samurajski. Opuszkami palców sunęła po klindze, czując przyjemne zimno stali. Nie mogła się doczekać, aby w końcu cokolwiek przeciąć tym ostrzem, a krew powoli by spływała po sztychcie. Jeszcze trochę, a usłyszy krzyki, charczenie i błaganie. Tego ostatniego najbardziej nienawidziła i gardziła osobami, które w ostateczności prosiły o litość. Wtedy najchętniej lubiła się bawić. I to szaleńczo.
Minęło dokładnie trzydzieści minut, kiedy przekręcił klucz w zamku. Drzwi się otworzyły. Wzięła głęboki wdech, czując, że już za moment rozpocznie się to, na co tak czekała z upragnieniem. Zacisnęła dłoń na rękojeści, ledwo powstrzymując uśmiech. Serce z ekscytacji zabiło mocniej. Patrzyła, jak mężczyzna wchodzi do środka. Smuga światła z klatki schodowej wdarła się do mieszkania. Dzięki temu też mogła dostrzec jego masywną sylwetkę. Rosnący brzuch od piwa, wielką łysą głowę i workowate ubrania.
Pstryknął włącznikiem światła, ale nic się nie zapaliło. Przeklął pod nosem, zamykając za sobą drzwi, a w mieszkaniu ponownie zapanowała ciemność. Huk upadających kluczy rozniósł się echem, aż podrażnił uszy dziewczyny. Skrzywiła się, na sekundę przymykając oczy. Nienawidziła tak głośnych hałasów. Usłyszała kolejne przekleństwo, ale mężczyzna nawet nie schylił się, aby podnieść to, co mu upadło. Zaczął wołać swoją żonę, ale nikt nie odpowiadał. Ruszył po omacku w stronę kuchni. Tam również chciał zapalić jakieś światło, ale nic nie zadziałało. W końcu domyślił się, że coś musiało wywalić korki.
W tym momencie Tamara zastukała ostrzem miecza o podłogę, aby zwabić do siebie swoją „zwierzynę” i się przywitać. Mężczyzna znieruchomiał. Podejrzewała, że nasłuchuje, więc zastukała ponownie, by miał pewność, iż się nie przesłyszał.
Powoli stawiał kroki w kierunku salonu, gdzie siedziała. Gdy tylko przekroczył próg, z dłoni Tamary wystrzeliły iskry ognia, które zamieniły się w nieduże płomyki. Ogniki powędrowały  pod sufit, aby oświetlić całe pomieszczenie. Wtem mogła nareszcie spojrzeć z pogardą na swoją „zabawkę”.
– Witam – powiedziała spokojnie. Kącik ust ledwo drgnął w uśmiechu.
– Kim ty do diabła jesteś?! – warknął, nerwowo spoglądają na ognie. Zapewne nie wiedział, czy to prawdziwa sztuczka, czy może sen. Wyjątkowo realistyczny. Dopiero po chwili dostrzegł, że wszędzie jest całkowita pustka. Nie ma żadnego śladu  po tym, że ktokolwiek tu mieszkał, że on miał cokolwiek. – Gdzie jest moja żona?! Gdzie są wszystkie moje rzeczy?! – podniósł głos i ruszył w stronę Tamary.
Szybko podniosła miecz, płomienie zaczęły błądzić po klindze, a jedna iskra omal nie sięgnęła brody mężczyzny. To go powstrzymało przed atakiem. Bacznie obserwował broń, zdenerwowany zerkając na dziewczynę.
– Jesteś pewien, że chcesz podejść bliżej? – zapytała z wyższością. – Chętnie spalę cię żywcem, ale akurat… – cmoknęła – tej atrakcji nie planowałam dla ciebie. Będziesz musiał obejść się smakiem.
– Co do k…
– Milcz – rozkazała, a płonienie z miecza syknęły ostrzegawczo. Iskry wysunęły się i powędrowały w stronę faceta, niczym dłonie, które chciały go dosięgnąć i złapać w swoje sidła. – A teraz siad. Jak pies – dodała chłodno, łypiąc groźnie.
Widziała, że się wahał. Nie chciał usłuchać. Myślał, że może się postawić, co niezwykle ją rozbawiło. Naprawdę myślał, iż ma jakiekolwiek szanse z nią? Czy nie dostrzegał tych płomieni? Sądził, że to jakaś halucynacja lub dobry trik?
Tracąc cierpliwość i mając zamiar trochę pobawić się, wytworzyła w wolnej dłoni kolejny płomień. Z prędkością światła pomknął do mężczyzny i zatrzymał się tuż przy jego twarzy. Wydał z siebie zduszony okrzyk.
– A teraz grzecznie siadaj dupskiem na podłogę. Chyba że chcesz stracić połowę swojej wstrętnej gęby – warknęła. Palcem wskazującym kierowała ogniem powoli w dół, aby jej „owieczka” również podążyła za wskazówką.
I zrobił to. Usiadł. Z początku lekko dygotał, ale zaraz opanował swój strach, przemieniając je w złość. Tamara skierowała płomień nad jego głowę, aby nie zapomniał, że w każdej chwili może poczuć niesamowite ciepło. Opuściła też nieco miecz, ostrze spoczęło na panelach. Radość rozpierała ją od środka. Uwielbiała, kiedy robili to, co im rozkaże. Czuła władzę, a oni byli tylko głupimi marionetkami.
– Dobry kundel – skwitowała. – A teraz zasady. A właściwie jedna. Jeśli będziesz grzeczny i będziesz mnie słuchał, przeżyjesz. Nie zależy mi aż tak bardzo na zabiciu ciebie. A kiedy nawet spróbujesz cokolwiek zrobić… odpowiednio się tobą zajmę. Musisz wiedzieć, że lubię się bawić i tak szybko nie zdechniesz. Zrozumiano?
Pokiwał głową. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu. Może było mu za gorąco przez wiszący nad nim ogniem, a może to ze strachu. Nie było to zbyt istotne dla Tamary. I tak czekała go gorsza rzecz niż pot.
– Świetnie – uśmiechnęła się sztucznie, po czym kontynuowała: – Pokrótce wyjaśnię swoją wizytę, którą mam nadzieję, zapamiętasz do końca życia. Naprawdę gardzę takimi ścierwami jak ty. Jesteś niczym i nie masz już nic. To mieszkanie nie jest już twoje. Twoja żona przepadła jak kamień w wodę. Wszelkie oszczędności zostały przeznaczone na cele charytatywne. Jedyne, co teraz ci zostanie, to ty i twoje sumienie. A… pracy też już nie masz. Właśnie cię zwolnili i nie masz dokąd wracać. Smutne, ale cóż… sam sobie zgotowałeś taki los.
– Co z nimi zrobiłaś? Gdzie moja żona i syn? – wycharczał, wściekle patrząc na dziewczynę.
Tamara przechyliła lekko głowę na bok, udając, że myśli. Napawała się tą chwilą. Zaczął się bać, więc jeszcze parę słów i przystąpi do najlepszej części.
– Na żonę bym nie liczyła. – Pochyliła się nieco do przodu. Z chytrym uśmieszkiem szepnęła: – Wącha kwiatki od spodu.
Strach pomieszany ze wściekłością, który pojawił się na twarzy mężczyzny, podsycił radość Tamary. Jego grymas bólu bym grą wstępną. Syciła się tym i mogła sobie tylko wyobrazić, co czuł. A to dopiero początek. Widziała, że chce krzyknąć, ale natychmiast go uciszyła, kręcąc przy tym głową.
– Fajnie tak? Poczuć, jak tracisz wszystko, co masz? Jak tracisz drugą osobę? Tracisz wszystko, na co tyle lat pracowałeś? Boli? I bardzo dobrze – rzekła, choć chciała wycedzić ostatnie słowa.
Wstała i podeszła do niego. Przytknęła ostrze do gardła mężczyzny. Pragnęła odciąć mu głowę, ale lepszym rozwiązaniem i większą rozrywką było patrzenie, jak się stacza. Psychicznie upada i nie wytrzymuje.
– Za bardzo świerzbią cię rączki. Może to w nich jest problem?
Chciała pchnąć go nogą, jednak niespodziewanie rzuci się na nią. Powalił swoim cielskiem i z wrzaskiem wściekłości sięgnął po miecz. Poczuła ból pleców, choć najbardziej zabolał ją ten przeklęty lewy bark, który dokuczał przy każdym upadku. Syknęła, krzywiąc się. Kiedy spojrzała na mężczyznę, ten już siedział na niej okrakiem i przyłożył nóż do jej gardła. W oczach dostrzegła triumf. Myślał, że wygrał, na co się roześmiała. To było dla niej niezwykle komiczne.
– Człowieku, czy ty naprawdę myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? – zapytała z rozbawieniem, co jeszcze bardziej rozwścieczyło faceta.
– Co zrobiłaś mojej żonie? Gdzie mój syn? Gadaj suko albo cię zabiję! – warknął, a strużka śliny wyleciała mu z ust.
Tamara nie przepadała, kiedy ktokolwiek tak się do niej zwracał i używał takich epitetów. To jeszcze bardziej ją podjudzało, a teraz była w zdecydowanie nie w humorze, by ze spokojem przyjmować wyzwiska.
– Zabij. Na co czekasz? W jednym już masz wprawę, więc ucz się drugiej – uśmiechnęła się szaleńczo. Gdy mężczyzna mocniej przytknął ostrze do gardła dziewczyny, aż delikatnie poleciała stróżka krwi, ta szybko skumulowała Qi w swojej dłoni. Fala przezroczystej energii z niezwykłą siłą powaliła napastnika. Tamara szybko wstała i podniosła swój miecz. – Jesteś beznadziejny. I wkurzyłeś mnie. Czas na prawdziwą karę. Skoro rączki tak bardzo cię świerzbią, to może czas je uciąć.
Iskry powędrowały z dłoni Tamary i zaczęły błądzić po klindze, sycząc cicho. Zamachnęła się i bez problemu przecięła rękę mężczyzny w połowie przedramienia. Ryk, jaki z siebie wydał, podrażnił jej uszy, ale zarówno niezwykle ucieszył. Krew trysnęła z rany i zalała podłogę, ściany, jak i kilka kropel spoczęły na policzku dziewczyny. Zaczął się szamotać, wrzeszczeć wniebogłosy. Ze spokojem obserwowała całą tę piękną scenę, nie patrząc, że coraz bardziej była ubrudzona krwią. Sądziła, iż poczuje jakieś szczęście, radość z tego widoku, ale ponownie się zawiodła. Nie czuła zbyt wiele. Jakaś radość owszem, ale nie na tyle silna, by zaczęła się śmiać, cieszyć i triumfować. Wygrała. Wiedziała, że postąpiła słusznie, miała niesamowitą satysfakcję, ale nadal czegoś jej brakowało do pełni szczęścia. Tak więc nadal będzie musiała szukać tego ostatniego kawałka puzzli.
Gdy tak przyglądała się mężczyźnie, bez namysłu ucięła dłoń w drugiej ręce. Kolejna fala krwi trysnęła i wypłynęła na podłogę. Ponowny krzyk cierpienia rozniósł się po mieszkaniu. Przymknęła na chwilę oczy, napawając się tą chwilą. Przekonana słusznością swoich czynów, czuła się sprawiedliwością. Wiedziała, że sama daje najlepsze lekcje życia dla tych, którzy się stoczyli.
Nie mogła dłużej tu zostać. Zaraz sąsiedzi powiadomią policję, że coś się dzieje. Czas na wycofanie się.
– Tak do twojej wiadomości, to kara za włamanie i kradzież – odezwała się, patrząc na leżącego i krwawiącego mężczyznę. Gdy sobie przypomniała, co zrobił, poczuła do niego jeszcze większy wstręt i nienawiść. Jednakże nie pozwoliła, aby wściekłość nią zawładnęła. Nie miała już na to czasu. – Karma to suka, co? – prychnęła cicho. – Teraz sam zobaczysz, jak to jest być niepełnosprawnym i nie mieć niczego – rzekła beznamiętnie, po czym skierowała się w stronę okna, przez które mogła wyjść na schody przeciwpożarowe. Nieśpiesznie zaczęła schodzić, nie przejmując się, że krople krwi spływały z klingi i pozostawiały ślady jej ucieczki.

sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 3

Ciężko było wstać o tak morderczej godzinie, jaką była szósta rano, kiedy wakacje już dawno się zaczęły. Tamara wolała spać do oporu, aby wyspać się i nie uważała tego za stratę czasu. Nie chciała jednak wspominać o tym, że ile by nie spała i tak czuła się zmęczona. Jednak w domu Posiadaczy też nie czuła się, jak u siebie, ale nie chciała tracić czasu na dojazdy, kiedy mogła na jakiś czas zamieszkać tu. I każdego ranka, po wyszykowaniu oraz zjedzeniu śniadania pełnego w witaminy i niezbędną energię, mogła przystąpić do treningu z Baridem. Tego dnia akurat Hindus mógł całkowicie poświęcić swoją uwagę Tamarze, gdyż Chris musiał zająć się swoją siostrą.
Ziewając przeciągle, weszła do sali, w której Barid już czekał na nią. Na lepszą pobudkę, Tamara musiała przebiec parę kółeczek, z czego ani trochę nie była zadowolona. Najbardziej czekała na część dotyczącą użycia mocy smoka. Wciąż nie była dobra, ale odkąd częściej ćwiczyła po zakończeniu roku szkolnego, sama widziała progres. To ją niezmiernie cieszyło i chciała dać z siebie wszystko, pracować non stop, aby tylko osiągnąć jak najwyższy poziom.
– No dobra – odezwał się Barid, gestem przywołując ją do siebie. – Podstawy znasz, więc myślę, że już czas na drobne wprowadzenie nowości.
Spojrzała na niego z ciekawością, kiedy podeszła do Hindusa. Wieść o nauczeniu się czegoś nowego przyprawiło ją o ekscytację.
– Wiesz, co to energia Qi?
– Tak – przytaknęła, kiwając głową.
– To dobrze. Więc… tak jak Odrodzenie są niemal mistrzami w posługiwaniu się ogromną ilością Qi, tak i Posiadacze mają do tego zdolność, jeśli oczywiście wypracują ją odpowiednio. Jest ono bardzo pomocne zwłaszcza przy połączeniu z mocą żywiołu. Na przykład… – urwał, po czym wyprostował dłoń, wyciągając ją przed siebie. Delikatny wiatr pojawił się znikąd. Na początku był niewidoczny, ale odczuwalny. Jednakże z każdą chwilą rósł w siłę, aż w pewnym momencie Tamara dostrzegła błękitne poświaty, przemierzające wraz z kierunkiem wiatru. Ze świstem przecinały powietrze niczym ostrze, pragnące zniszczyć wszystko na swojej drodze. Nawet jedno dotarło do ściany i pozostawiło po sobie ślad jak po cięciu miecza.
Tamara aż lekko rozchyliła wargi z podziwem, patrząc na to zachwycające widowisko. Była pod wrażeniem, ile jest siły w tak zwykłym, mało groźnym wietrze. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że coś tak niepozornego, może być śmiertelnie niebezpieczne. To była cząstka mocy Barida i ciężko jej było sobie wyobrazić, jaką potęgą włada mężczyzna. Jednakże zaraz zapragnęła również być tak potężna, a nawet bardziej. Ona też chciała robić takie niesamowite cuda, niemal niszczycielskie. Serce zaczęło mocniej łomotać, jeszcze chwilę po tym, jak Hindus skończył swój pokaz. Jak to było możliwe? Zaczynała kochać magię i zrobi wszystko, aby tylko rozwijać tak niezwykłe umiejętności.
– Widzisz? Do zwykłego wiatru dodałem energię Qi, dzięki czemu mogłem narobić szkód. Oczywiście przy dużej ilości samej mocy wiatru również byłbym w stanie dokonać tego samego. Jednak nie byłbym w stanie tego osiągnąć samym wiatrem przy tak małym zasięgu i tak małej mocy. Qi potęguję twój atak. Staje się znacznie niebezpieczniejszy. I nawet przy niewielkiej ilości ognia, jesteś w stanie narobić więcej bałaganu, niż gdy użyjesz samego żywiołu. Gdy używasz samej mocy smoka, jesteś w stanie kontrolować ogień. Wytwarzać go, sprawiać, aby zniknął. Zwiększać go lub zmniejszać. Dzięki Qi swoją moc smoka możesz zamienić na inne rzeczy. Na przykład Trevor umiał sterować temperaturą wokół siebie, potrafił zadbać, aby jego organizm nie marzł. Umiał również momentalnie przenieść ciepło drugiej osobie. Są różne sposoby i techniki. Najważniejsze, aby dowiedzieć się, jak działa twój smok i twoje Qi. Nauczyć się nimi sterować, dodawać odpowiednią ilość jednego i drugiego, aby stworzyć coś, czego pragniesz. To wszystko jest w zasięgu twojej ręki. Trzeba tylko ćwiczyć.
– A… mogę zadać pytanie? – odezwała się niepewnie.
– Oczywiście – uśmiechnął się delikatnie.
– Jakim cudem Odrodzenie, używając samego Qi, wytwarza taką ogromną i tak dobrze widoczną energię? Oni chyba nie mają żadnych dusz zwierząt więc… skąd biorą tyle mocy?
– Ludzie z Odrodzenia nie są zwykłymi ludźmi, którzy po prostu nauczyli się panować nad swoim Qi. Oni urodzili się, mając pewne nadzwyczajne zdolności. Dzięki nim są w stanie zwiększyć swoje Qi do takiego wysokiego stopnia. Drugą sprawą jest fakt, że… zapewne sięgnęli po różne środki, czasem graniczące z ludzką moralnością, z zasadami, graniczące niemal z czarnymi mocami, aby tylko zwiększyć swoją potęgę. Są w stanie zrobić niemal wszystko, aby tylko się wzmocnić. Nie mają zahamowań.
– Rozumiem – mruknęła, analizując te informacje. Jakoś ciężko było jej wyobrazić sobie, co dokładnie znaczyło „na granicy ludzkiej moralności”. Choć znała podejście Alexa oraz jego siostry, stać ich było na bardzo wiele, to wciąż nie mogła zdefiniować, jak bardzo potrafią się posunąć.
– No dobra. Najważniejszą rzeczą teraz jest, abyś skupiła się na skumulowaniu swojego Qi. To jest podobnie, jak z mocą smoka, ale tu jest jedynie trudniej, gdyż energię zbierasz z całego ciała – powiedział, po czym wyciągnął nieco ręce przed sobą, a dłonie ułożył prostopadle do siebie, jakby trzymał niewidzialną piłkę. Tamara przyglądała się uważnie jego poczynaniom i naśladowała, aby jak najszybciej nauczyć się nowej techniki. Natychmiast jednak skupiła się na energii, jaką powoli wytwarzał Barid. Z początku była przezroczysta, ale widziała coraz silniejsze przebłyski błękitnego koloru. Przypominały rotację szybko kręcącej się kuli.  Po cichej sali rozległ się delikatny dźwięk świstów, przypominający silny powiew wiatru. – W takim układzie dłoni zamykasz przepływ Qi i energia nie rozprzestrzenia się, tylko pozostaje w zamkniętej przestrzeni twoich rąk. Im większą chcesz energię, tym bardziej oddalasz od siebie dłonie, ale tym samym musisz zużywać więcej mocy, aby utrzymać wysoki poziom Qi. Kolor energii u każdego może być inny, a emocje również potrafią zmienić barwę Qi. Na początku jest przezroczysta, im więcej mocy dodajesz, tym nabiera kształt i kolor. W zależności również od nastroju i celu używania Qi przybiera ona różne barwy. Moja aktualnie jest błękitna. Wpływ na to ma również mój smok. Obecnie żadne uczucia mną nie targają, jestem spokojny, mój stan jest w formie nauczania, więc błękit jak najbardziej odpowiada kreatywności, duchowości, rozwoju oraz wewnętrznego spokoju. Gdybym był zdenerwowany, Qi by było ciemniejsze, czasem podchodził pod granatowy. – Błękitny świetlisty wir zniknął, przez co Tamara ocknęła się z transu i już bardziej skupiła na słowach Hindusa. – Spróbuj. Skoncentruj się, skup całą energię i prześlij ją do swoich dłoni. Trzyma je blisko siebie, ale jeśli tylko poczujesz ciężar i napór, zwiększ pole dla energii. Jeśli tego nie zrobisz Qi… – zastanowił się przez chwilę –  pęknie jak balon. Przy dużej ilości mocy możesz nawet uszkodzić swoje dłonie, więc musisz nauczyć się odpowiedniej równowagi i kontroli nad tym. To jest bardzo istotne.
Tamara pokiwała głową, patrząc na swoje dłonie. Była bardzo podekscytowana i z całych sił próbowała się skoncentrować. Wydawało się, że to proste, jak bułka z masłem. Panowała już lepiej nad ogniem. Wytworzenie go nie stanowiło tak wielkiego problemu, jak na samym początku. Choć nadal nie była to duża ilość i zawsze ganiła się, że za mało trenuje. Teraz poznając coś nowego, już nie miała takich obaw. Wiedziała, że nawet jeśli teraz jej się nie uda, za pierwszym czy dziesiątym razem, nie spocznie, póki nie osiągnie celu. Doświadczenie sprawiło, że miała wiarę w siebie i w swoją pracę. Choćby miało zając to sporo czasu czuła, że się uda. Za którymś razem.
Barid odsunął się na parę kroków, wiedząc, że dzięki temu jego podopieczna będzie mogła lepiej się skupić. Dnie spędzone na treningu pozwoliły poznać obu stronom, czego potrzeba było do efektywnej nauki. Stał spokojnie, przyglądając się Tamarze.
Zamknęła oczy. Przyjemna cisza oraz spokój były tu niesamowicie kluczowe. Już nie zwracała uwagi na obecność Barida. Nie przeszkadzała jej, jak kiedyś. Ignorowała go. Tak jakby nie istniał, nie był obecny tu, razem z nią. Gdy osiągnęła wewnętrzny spokój, próbowała jakoś wyobrazić sobie energię, którą miała w sobie. Szybko zrozumiała, że będzie ciężko odzwyczaić się po sięganie do mocy Hóng Lónga. Już o mały włos, a zamiast Qi, wytworzyłaby ogień. Musiała zaczynać od nowa. Skoncentrowała się na swoich dłoniach i przesłaniu energii do nich. Próbowała wizualizacji, ale wciąż na nic. Aż w końcu poczuła coś. Było silne i energia zmierzała tuż do jej czubków palców.
Krzyknęła, kiedy ogień niespodziewanie niemal buchnął tuż przed nią. Serce zabiło szybciej, ale kamień spadł z serca, że nic jej się nie stało. Znów się pomyliła. Spokojnie, powiedziała sobie w duchu. To potrwa. Ciężko jej było oddzielić moc smoka i nie sięgać po nią. Robiła to niemal automatycznie, bo nie czuła żadnej innej energii Qi. Jednak z każdym kolejnym wytworem iskier, była czujniejsza i wiedziała już, jak odróżnić moc Hóng Lónga. Zrozumiała jak działa system i nie powinna łapać się za pierwsze silniejsze skupisko energii, które odczuwała. Musiała je zignorować i przedrzeć się przez nie. Znacznie głębiej. Wyłapać cząstkę energii, znacznie słabszą, ledwo wyczuwalną.
– Nie wchodź zbyt głęboko. To ni cnie da. Qi jest w całym twoim ciele. Po prostu je zbierz – odezwał się Barid spokojnym głosem. Jednak te słowa nie do końca dotarły do Tamary. Słyszała je jak za mgłą i nawet nie zdała sobie sprawy, że to był bodziec od rzeczywistości. Była za bardzo skupiona na poszukiwaniu wewnętrznej siły.
Czas mijał. Nogi cierpły tak samo, jak i ręce. Tamara obudziła się z transu, nie mogąc już dłużej wytrzymać stania. Spokój zamienił się w niecierpliwość oraz irytację. Zaczynało ją to denerwować. Usiadła po turecku, opierając czoło na dłoniach, myśląc gorączkowo, jak osiągnąć cel. Co chwila ganiła się w myślach, aby tylko nie wpaść  w furię. Musiała się uspokoić i zrozumieć, że jedynie praktyka oraz czas pomogą jej w nauce panowania nad Qi. Minęło dobrych parę minut, kiedy znów powróciła do całkowitej koncentracji. Motywacja nie odpuszczała. Postanowiła, że dzisiaj koniecznie musi opanować nową technikę. Musi. Nie przyjmowała żadnej innej wymówki. Będzie pracować, dopóki nie opanuje choćby podstaw wydobywania z siebie Qi. Jednakże głód zaczynał doskwierać, co coraz bardziej ją irytowało. Gdy minęło południe, nie potrafiła ukryć zdenerwowania, a i organizm był na wyczerpaniu.
Westchnęła ciężko, poddając się i przyjmując swoją porażkę. Nie wytrwała, chociaż usprawiedliwiała się tylko małą przerwą na jakiś posiłek. Potem znów zabierze się ostro do roboty.
Gdy wstała, na chwilę trochę ją przyćmiło. Nogi za słabe, aby w tak szybkim tempie utrzymać ciało w pionie. Upadła na kolana, łapiąc się za głowę. Poczuła suchość w gardle i całkowity brak sił nawet na podniesienie się. Zerknęła na Barida, która usiadł na materacu oparty o ścianę i najwyraźniej tak go znudziło pilnowanie, że mimowolnie uciął sobie drzemkę. Gdy tak patrzyła na niego, zrobiło jej się głupio. Marnowała jego czas, nie osiągając nic, poza zmęczeniem. Dlaczego była tak kiepska we wszystkim? Czemu tak długo zajmowało jej osiągnięcie czegokolwiek? Była niemal pewna, że Chris po niespełna góra dwóch godzinach mógł panować nad swoim Qi. A przynajmniej osiągnąłby znacznie więcej niż ona i to w krótszym czasie. Czy to wina dłuższego stażu w byciu Posiadaczem?
Zacisnęła dłoń w pięść. Przez moment zastanowiła się, czy na pewno warto marnować czas na jakiś posiłek. Może powinna wrócić do zajęć, ale w tym momencie żołądek ją upomniał i wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Z trudem wstała, tym razem znacznie wolniej, aby znów nie mieć mroczków przed oczami. Wyszła z sali, przemierzyła morderczą ilość schodów, jak na tak wycieńczony organizm. Pchnęła drzwi, przekraczając próg kuchni utrzymanej w stonowanych kolorach bieli, czerni oraz nieco ciemnej szarości. Dodawało to niesamowitego smaku nowoczesności, a wszelkie meble oraz dodatki do wystroju sprawiały wrażenie drogich. Tamara nie znała się na tym, ale musiała przyznać, że ktoś musiał włożyć ogrom pieniędzy w tę willę. Przyjemnie było jeść w tak luksusowym dla niej pomieszczeniu, niemal przepełniony bogactwem. To był zupełnie inny świat od tego, którego znała – zwykłego, szarego, mniej zamożnego. Nie pragnęła żyć w nie wiadomo jakich luksusach, ale taka odmiana była z całą pewnością miła.
Skończywszy danie, wróciła na salę treningową. Barid nadal spał w najlepsze, a nawet zaczął cicho pochrapywać. Tamara zajęła swoje poprzednie miejsce na środku sali. Usiadła znów po turecku i wzięła głęboki oddech. Na samą myśl o powrocie do ćwiczeń, zwłaszcza nieudanych, zalała ją fala irytacji, ale odsunęła ją tak szybko, jak tylko się pojawiła. Wiedziała, że nie może sobie pozwolić na zawładnięcie emocjami. To nie było dobre podczas treningu. One sprawiały, że gubiła się w tym wszystkim i cały wysiłek pójdzie w las.
Nie. Musiała się skupić. Ponownie. Motywacja wróciła, choć już nie tak mocna, jak wcześniej. Małe rozleniwienie również było bardzo silne i przy nowej koncentracji szybko się rozkojarzyła. Chrapanie Hindusa nie dawało spokoju i zaczynało przeszkadzać, ale stwierdziła, że w rzeczywistości jest wiele zakłócających spokój rzeczy. I po prostu musi to zignorować. Pracować w takich warunkach, jakie miała. Nie czas na narzekanie i robienie z siebie księżniczki, co byle błahostka przeszkadza. Nie ma zamiaru być słabeuszem.
Kolejny głęboki oddech. Powolne wprowadzanie się w trans koncentracji nastał. W jej umyśle wszystko dookoła zniknęło, żaden dźwięk się nie przedostawał. Znalazła się w czerni swojej wyobraźni, wciąż poszukując energii. Widziała przebłysk światła, ale to była moc smoka. Odsunęła ją i szukała dalej, głębiej, dokładniej. Czuła w kościach, że gdzieś tu musi być i jakoś wydostać ją na zewnątrz. Poprowadzić do swoich dłoni i ukształtować jakoś Qi. Sprawić, aby była widoczna, potężna i niebezpieczna.
Po wielu spędzonych godzinach, kiedy niemal ponownie była na wyczerpaniu, głównie psychicznym z powodu irytacji niepowodzenia, poczuła coś. Wychwyciła delikatne drgania energii. Były słabe, ale miała dziwne przeczucie, że w końcu znalazła, to czego szukała. Czuła przepływ tej ledwo wyczuwalnej mocy w całym swoim ciele i próbowała skierować do swoich rąk, ale to nie było takie proste. Drgania Qi nie dały się tak łatwo prowadzić, tak jak było to w przypadku mocy smoka. A może to przyzwyczajenie sprawiło, iż Tamara myślałam, że teraz jest znacznie trudniej.
Barid się obudził tuż przed północą i oficjalnie zakończył trening, ale Tamara ani myślała się poddać. Jedynie posłusznie poszła zjeść coś i na chwilę udała się do swojego pokoju, aby stworzyć pozory posłusznej dziewczyny. Potem jednak z powrotem ruszyła do sali treningowej i walczyła ponownie. Nie po to była w domu Posiadaczy, aby się obijać i tracić czas na spanie, które tak uwielbiała. Czuła, że była coraz bliżej rozpracowania działania energii Qi. Nie mogła tak tego zostawić.
Jedwabne białe zasłony delikatnie powiewały na ledwo wyczuwalnym wietrze. Mgła gęstniała i zaczęła otaczać Tamarę, przykrywając nieco tę upiorną ciemność, która przyprawiała o gęsią skórkę. Coś kryło się w czerni za zasłoną. Coś wielkiego i potężnego oraz drapieżnego. Jakiś nieokiełznany stwór. Strach wypełniał nie tylko jej serce, ale zawładnął nad całym ciałem. Nogi lekko drżały i z trudem mogła oddychać, a raczej się bała. Jakby nawet najcichszy wypust powietrza rozzłości to coś, co było niemal tuż przed nią. A wtedy będzie martwa. Pozna jego gniew i niewyobrażalną siłę. Nie chciała prowokować, a uciec stąd, choć pewna część miała ochotę dowiedzieć się, co tak naprawdę kryję się za falującymi zasłonami. Czy stwór rzeczywiście jest aż tak groźny i warto by było się o tym przekonać nawet, jakby miała utracić życie?
Powiedz coś, pomyślała z upragnieniem. Miała cichą nadzieję, że usłyszy jej myśli, ale tak się nie stało. Nadal tkwiła we mgle. Nie miała pojęcia, jak długo to trwa. Może chwila, a może wieczność. Tu wymiar czasu nie miał znaczenia, bo nie istniał.
Dostrzegła coś. Coś czerwonego i coraz mocniej świecącego. Tam, wysoko niemal na granicy tego miejsca, jeśli ono miało. Z początku było ledwo widoczne, ale z każdą chwilą widziała coraz mocniejszy blask czerwieni. Skojarzyło jej się to z oczami. Dwa czerwone błyszczące punkty. Miała wrażenie, że wpatrują się w nią i za moment zostanie spalona żywcem. Nie wiedziała, skąd takie coś przyszło jej do głowy, ale poczuła, jak całe ciało paraliżuje strach. Serce szybciej załomotało, gdy poczuła na ramieniu czyjś dotyk. Gwałtownie odwróciła się, ale nikogo ani niczego nie zobaczyła. Może zaczynała już wariować?
Wzdrygnęła się, kiedy ktoś złapał ją za kostkę. Odruchowo podkurczyła nogi i szeroko otworzyła oczy, rozglądając się za sprawcą. Uspokoiła się, kiedy zobaczyła Barida, stojącego tuż obok.
– Przestraszyłem cię? – zapytał z delikatnym uśmiechem. – Co tu robisz? Siedziałaś całą noc?
Westchnęła ciężko, z trudem powracając do rzeczywistości i uświadamiając sobie, że zasnęła na treningu. Nie wiedziała, która godzina, który dzień tygodnia ani gdzie jest. Miała ochotę znów zamknąć oczy i wrócić do spania, nawet jeśli podłoga nie była zbyt miękka i przyjazna dla jej pleców. Ziewnęła i przeciągnęła się, rozglądając w poszukiwaniu jakiegokolwiek zegarka.
– Idź się połóż. Wyczerpałaś organizm. Po treningu trzeba porządnie odpocząć. I to nie są żarty. Jak przeciążysz się, będziesz miała później problemy. No już, wstajemy – powiedział żwawo, klaszcząc w dłonie, co sprawiło Tamarze fizyczny ból. Skrzywiła się i zakryła uszy. Z pomocą Barida wstała na własne nogi i podreptała w ślimaczym tempie do pokoju. Hindus musiał ją przypilnować, bo nie miała tyle siły, by samemu dać radę wejść po schodach. Jednak nim dotarła do pokoju, już nieco się rozbudziła. Niewiele myśląc, zadała pytanie:
– Zastanawiam się… czy smoki kontaktują się z Posiadaczami? – spytała ochrypłym i słabym głosem. Wśliznęła się pod kołdrę i patrzyła na swojego nauczyciela w wyczekiwaniu na odpowiedź.
– Nie. Nie mówiłem tego? Smoki tylko udzielają swojej mocy. Nic więcej. A teraz spać – odparł i ruszył w kierunku wyjścia.
Nie wiedziała, dlaczego tak nagle zadała to pytanie, ale sen o Hóng Lóngu wciąż ją dręczył i miała wrażenie, że smok pragnie się z nią skontaktować. Już nie wiedziała, czy to jej umysł płatał figle i w snach widziała to, co pragnęła zobaczyć, czy może rzeczywiście łamane są przekonania starych Posiadaczy i ich wiedzy na temat smoków. W każdym bądź razie… działo się coś, czego nie potrafiła zrozumieć i bardzo chciała poznać prawdę, która stoi za tą zagadką.