sobota, 24 czerwca 2017

Rozdział 7.2 Zabawa

Sandra szybko zabrała kartki, na których młodzi złożyli podpisy, zostawiając im resztę dotyczącą wszelkich zasad jakich powinni od teraz przestrzegać. Tamara i Chris wymienili spojrzenia, a żadne z nich nie miało wątpliwości, co myśli druga osoba. Oboje byli podobnego, jak nie tego samego zdania, choć nie musieli mówić je na głos.
– Świetnie. Więc sprawy papierkowe mamy za sobą. Dobrze, że się rozumiemy. Jakieś pytania? – spojrzała na swoich już oficjalnych podopiecznych, ale chwilę ciszy przerwał telefon. Natychmiast odebrała. – Mów – rozkazała.
– Coraz bardziej myślę, że to wszystko to zły pomysł. Nie powinien się w to mieszać – westchnął Chris i przetarł lekko wewnętrzne kąciki oczu, jakby był tym wszystkim zmęczony.
– Uwierz mi, że takie wyjście jest najlepsze – odparł łagodnie Barid.
– Kiedy? – odezwała się Sandra znacznie głośnie, co wszystkich skłoniło do zerknięcia na nią. – Są jakieś ślady? Cholera – mruknęła z podenerwowania, wstając po czym zaczęła krążyć po pokoju. – To na pewno oni. Dobra. Niedługo tam będę.
Rozłączyła się i zatrzymała się, tkwiąc przez moment w zamyśleniu. Parę sekund potem powoli odwróciła się do Barida, a w jej oczach można było dostrzec iskrę poirytowania oraz chęć skrzywdzenia kogoś.
– Znowu zaczynają rozrabiać – powiedziała wolno. – Musimy jechać do Seattle. Zbieraj się – rzuciła krótko, biorąc z kanapy swoją torebkę.
Hindus jakby wiedząc o co chodzi, również wstał. Uśmiechnął się delikatnie do młodych Posiadaczy i uścisnął z nimi dłoń na pożegnanie.
– Nie zapomnij trenować. Będzie dobrze. Do zobaczenia w sobotę.
Tamara również podniosła się, aby odprowadzić gości do drzwi, a gdy Sandra już była za progiem w ostatniej chwili odwróciła się. Jej groźny błysk w oku zdziwił dziewczynę, a nawet nieco wystraszył.
– Ostatnia rzecz. Od teraz musisz się bardziej pilnować. Nie wdawaj się w bójki, nie wszczynaj ich, ucz się na miarę swoich możliwości. Po prostu nie odstawaj od reszty z negatywnej strony. Każdy kolejny kłopot związany z tobą dopóki jesteś w szkole, będzie jako oznaka twojego nie panowania nad sobą. Dla ludzi z rządu może to być pretekst do zamknięcia cię. Pamiętaj, że nie masz czystej przeszłości, a oni tylko będą czekać na jedno twoje złe potknięcie. Po prostu bądź grzeczna w szkole i dla jej uczniów – powiedziała cicho na tyle, aby tylko Tamara mogła ją usłyszeć. Nie było to nic miłego do usłyszenia. I nie chodziło o to, że Sandra czegoś jej zabrania, ale sam fakt, że będzie pod obserwacją. Ograniczają jej swobodę w byciu sobą.
Tylko lekko skinęła głową, już nic nie chcąc mówić. Zamknęła drzwi, gdy Sandra wsiadła do samochodu, w którym czekał na nią Barid. Wróciła do salonu, gdzie wciąż siedział Chris i przeglądał dokumenty. Wydawał się być taki spokojny, ale znała go na tyle, że mogła domyślić się iż tak naprawdę w środku był wręcz oburzony i zdenerwowany. Usiadła obok niego, jednak zostawiając pewien dystans i sama wzięła papiery do ręki. Czytała powoli i uważnie każde słowo, jakby w obawie, że wcześniej coś pominęła.
Gdy tak zastanowiła się dłużej, zaczynała dostrzegać jedną pozytywną rzecz. Jak to powiedział Barid, to pakt pokojowy, a więc rząd odczuwa strach przed nimi. Obawia się nadprzyrodzonych mocy i tego, że Posiadacz może użyć ich przeciwko nie tylko zwykłym obywatelom, ale głównie boją się o ludzi, którzy rządzą krajem bądź sprawują władzę nad wymiarem sprawiedliwości. Może przez ich głowy przeszła myśl o jakiejś wojnie, destrukcji, buntu wobec prawa? Zapewne nie było nic przyjemnego w tym, że kolejne osoby mają Tamarę za wariatkę bądź dziwaczkę coś, co jest całkowicie odmienne, jakby nieludzkie. Z drugiej jednak strony podświadomość mówiła jej, że jeśli dobrze rozegra partię kart, po cichu będzie wzmacniać swoje umiejętności to może w końcu za pomocą strachu, ale będą ją szanować. Ta wizja była znacznie pozytywniejsza, dzięki czemu jeszcze mogła przymrużyć oko na zasady, jakich musiała przestrzegać.
– Powinienem się chyba z tego wycofać – odezwał się w końcu Chris, co wyciągnęło Tamarę z jej rozmyślań. Spojrzała na niego, przez chwilę nie wiedząc, o czym mówi, ale zaraz oprzytomniała. – Nie potrzebne są mi kłopoty. Wszelka współpraca z rządem to jak walka z ogniem. Już jesteśmy na straconej pozycji.
– Niekoniecznie – odparła i wyszukała w dokumentach odpowiedni fragment umowy. – Napisali, że część rzeczy w naszej edukacji będą mogli finansować. To również korzyść dla nas.
– Naprawdę w to wierzysz? – zapytał, unosząc lekko jedną brew. – Tami, pomyśl. To tylko przynęta, a jak nadziejemy się na haczyk będzie już po nas. To już nie jest zabawa – westchnął cicho, przymykając na chwilę oczy.
– Wiem o tym – oburzyła się nieco, jednak siląc się na uprzejmy ton. – Nie jestem głupia, ale nie patrz na same ciemne strony. Przecież dalej możemy robić, co robiliśmy do tej pory…
– Jednak mamy uważać na to, co robimy. Jak wpadniemy w kłopoty możemy nie mieć do czynienia już tylko w policją. Tu jest różnica.
– Słyszałeś, że jeśli byśmy nie podpisali, to by nas zamknęli…
– Tami, proszę cię. Nie ufam Sandrze, nie wiem, czy to prawda…
– To po co podpisywałeś? Skoro jej nie ufasz, nie wiesz czy mówiła prawdę to po co się na to wszystko zgodziłeś?
Patrzył na nią i choć wyglądał z pozoru na spokojnego to w jego oczach tliła się iskra zniecierpliwienia zmieszana z rezygnacją.
– Zachęciła cię możliwość pomocy o wymarzonych studiach i pracy w szpitalu, tak? Chcesz wyleczyć Christie i tym cię skusili – stwierdziła, przyglądając się uważnie przyjacielowi, który odwrócił wzrok. Jakby bał się, że Tamara dostrzeże w nich prawdę, ale oboje już ją znali. Nie potrzeba było do tego słów. – Mówisz, że popełniliśmy błąd, ale sam w to wszedłeś. Zgodziłeś się, bo cię złapali.
– Nie złapali. Poza tym… miałem wyjście? I tak by mnie zmusili do podpisania umowy – powiedział, zerkając na dziewczynę. – Tak czy siak, jesteśmy w patowej sytuacji. Jak coś się spieprzy to będziemy siedzieć w tym razem – uśmiechnął się, najwyraźniej chcąc rozdmuchać nieco napiętą atmosferę.
– Chociaż to – mruknęła, wzdychając cicho. Fakt, że w jednym bagnie siedziała z najlepszym przyjacielem łagodził strach o ich przyszłość. Wiedziała, że w razie kłopotów będzie mogła liczyć na rozwagę i inteligencję Chrisa. Chociaż jeszcze nie tak dawno mówiła sobie, by polegać tylko na sobie. – Jak upadnę to pociągnę cię za sobą na dno – dodała, wiedząc, że przyjaciel wyczuje jej żartobliwy ton.
– Pomogę ci wstać, gdy tylko przestanę się śmiać – zaśmiał się cicho i przeciągnął leniwie. Zerknął na swój zegarek. – Powinienem już iść. Trzeba się jeszcze trochę pouczyć.
Tamara skrzywiła się na sam dźwięk i myśl o szkole oraz nauce. Nienawidziła tego z całego serca.
– Ty też powinnaś. Ostatni sprawdzian z trygonometrii nie poszedł ci najlepiej – powiedział, powoli pakując swoją umowę do plecaka. Dziewczyna spojrzała na niego, będąc zaskoczona, że wie o jej gorszej ocenie, bo nic nawet o tym nie wspominała mu. Najwyraźniej miała wyjątkowo pytający wzrok, bo chłopak uśmiechnął się. – Vanes i Dave wbrew pozorom rozmawiają ze sobą, a paplanie mają w genach.
Prychnęła cicho nieco zła na przyjaciółkę, że przez swoje gadulstwo Chris dowiedział się ocenie. Nigdy nie lubiła przyznawać się do swoich gorszych stopni swojemu przyjacielowi. Czuła się wtedy okropnie i miała wrażenie, że w jego oczach stawała się kimś znacznie głupszym oraz gorszym. Kimś znacznie mniej wartym, aby się zadawać. Chociaż często jakiś cichy głosik w jej głowie mówił, że gdyby Chris nie chciał, to by się nie zadawałby z nią. Szybko jednak ten argument znikał, gdy nachodziły do niej inne, nieraz irracjonalne negatywne powody nie przyjaźnienia się z nią.
– Spadam. Poucz się – delikatnie palcem postukał w głowę Tamary. Spojrzała na niego z wyrzutem w oczach, po czym wstała by odprowadzić go do wyjścia. Gdy tylko wyszedł za drzwi, odwrócił się i z powagą powiedział: – Serio, poucz się.
– Nie – odparła z morderczym wzrokiem. Nawet on nie mógł zachęcić ją do nauki.
Chris tylko uśmiechnął się i odwrócił, a gdy schodził po schodach pomachał do niej, chociaż nawet nie zerknął przez ramie. Zamknęła drzwi i ze świstem wypuściła powietrze. Poczuła jakiś dziwny ciężar spoczywający na jej barkach. Każdy kolejny dzień przynosił coś nowego, a poprzeczki jakby mimowolnie stawały się coraz wyższe. Bała się, że dojdzie do takiej sytuacji, w której wszystko ją całkowicie przewyższy i nie będzie miała siły, aby walczyć.
Niechętnie udała się do swojego pokoju. Chciała zabrać się za tą nieszczęsną trygonometrię, aby nie wypaść następnym razem tak okropnie i by Chris nie musiał się wstydzić za taką przyjaciółkę. Jednak wszystko zaczynało ją rozpraszać już po pięciu minutach. A to SMS od Vanes z pytaniem który makijaż powinna zrobić na najbliższy mecz w szkole, to zmieniająca się pogoda na deszczową, a bębniące w szyby krople nie dawały jej spokoju. Chociaż dla niej nawet drzwi były znacznie ciekawsze od matematyki. Za każdym razem, gdy się przyłapała na rozkojarzeniu, powracała do zeszytu i rozwiązywania zadań, ale po chwili znów rozglądała się. Koncentracja na czymś takim, jak nauka czegoś, czego nie lubiła była wręcz niemożliwa.
W pewnym momencie usłyszała, jak wróciła Elizabeth z Nickiem. Od razu w mgnieniu oka wstała z łóżka, byle tylko oddalić się od tej przeklętej trygonometrii. Zeszła na dół, witając się z domownikami i chętnie nawet przystanęła na pomoc w zrobieniu kolacji.

Patrzyła na literę D wystawioną przez nauczyciela i chociaż nie powinna być zadowolona, to jednak cieszyła się, że przynajmniej nie dostała F. Co innego Dave, który zaczął sprzeczać się, że w jednym zadaniu nie dostał punktu, ale na nic zdały się jego argumenty. Po dzwonku dopadł Tamarę idącą w stronę stołówki, jak w zasadzie większość uczniów.
– Jeszcze jedno E z chemii, a mnie trener zawiesi – zagadnął, idąc obok dziewczyny.
Mało interesowały ją oceny Dave’a, który dla niej wciąż był skończonym i upierdliwym dupkiem. W pewnej chwili poczuła wibrację w kieszeni żakietu. Wyciągnęła telefon i zaskoczona wiadomością od Sandry, natychmiast ją przeczytała.

„Bądźcie czujni. Odrodzenie zaczyna szaleć”

Zaniepokoiła ją ta informacja. Przez chwilę zaczęła podejrzeć, że telefon ze środy do Sandry był początkiem problemów, po tym jak w telewizji ujawniono śmierć dziesięciu polityków z kilku krajów. I choć nie było żadnych śladów kto mógł to zrobić, Tamarze dało do myślenia, kim mogli być mordercy. Tym bardziej po tym, jak Sandra jeszcze wpadła wczoraj wieczorem i przypadkiem chlapnęła, że Barid gdzieś wyjeżdża. Jakby to było wielką tajemnicą. Dziewczyna sama mogła sobie dodać dwa do dwóch i wyszła jej odpowiedź. Może i była nastolatką, ale nie straciła umiejętności myślenia oraz łączenia faktów.
W odstaniu długiej kolejki do bufetu, udała się w końcu z doczepą w postaci Dave’a, do stolika, przy której już siedział Paul i Chris. Zawzięcie dyskutowali na jakiś temat. Nawet nie zorientowali się, gdy dwójka ich przyjaciół się dosiadła. Dopiero, kiedy Dave się odezwał zdali sobie sprawę z ich obecności.
– Panowie, jest imprezka jutro. I panie – dodał szybko, zwracając się do Tamary. – Ty koniecznie musisz być – spojrzał na Chrisa – bo dawno nigdzie nie wychodziłeś. Mózg ci się zlasuje od tej ciągłej nauki. Nawet nie chce słyszeć odmowy! Jeszcze trochę i ludzie pomyślą, że jesteś nudną ciotą, która nie umie się bawić i nie ma życia towarzyskiego.
– Miałem inne plany na jutro – powiedział Chris, zajadając powoli swój posiłek. – Ale może czas na mały wypad.
– No, i to rozumiem!
Tamara spojrzała na swojego przyjaciela, jakby z wyrzutem pomieszanym z zaskoczeniem. Wiedziała, że to chłopak i od czasu do czasu potrafił się zabawić z Davem, ale myślała, że odkąd są Posiadaczami i mają treningi to będą one ważniejsze od imprez.
– Miałeś jutro robić, co innego – zauważyła, przyglądając się chłopakowi. Spojrzał na nią i lekko wzruszył ramionami.
– Wiem, ale od dawna się nie bawiłem. Nikt nie powiedział, że muszę być w każdą sobotę – rzekł spokojnie, co znacznie ucieszyło Dave’a. W końcu mógł odzyskać swojego dobrego kumpla do wspólnych szaleństw.
– Nie dostałeś smsa od Sandry?
– Dostałem, ale nie znaczy, że mam dać się zwariować. Tami, spokojnie. Nie stracę głowy – odparł, chociaż to wcale nie podobało się dziewczynie. Jednak cóż mogła zrobić. Nie zabroni przecież wychodzenia Chrisowi, gdzie chce i robić tego, co on chce.
– Hej, chwilka. Przecież też możesz iść z nami – wtrącił Dave. – Nie musisz pić alkoholu, ale pobawić się możesz. Nikt nie zabrania. Alibi się znajdzie, jak się boisz, że twoja matka da ci szlaban.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała szybko. Na samą myśl o dużej ilości pijanych nastolatków sięgających po kolejną dawkę alkoholu a może nawet jakichś narkotyków, poczuła wszelki dyskomfort. W życiu nie była na żadnej większej imprezie w dużym gronie. Nie przepadała za takimi zbiorowiskami, na którym głównie liczył się alkohol. Swoją drogą fakt, że było to coś zakazanego dla tak młodych osób jeszcze bardziej odpychało ją. Nie lubiła robić czy nawet być przy rzeczach zakazanych prawem ani tym bardziej wpaść w kłopoty przez alkohol czy narkotyki. Nie bardzo rozumiała też osób, czerpiących z tego radość, ale za bardzo ich nie dyskryminowała. Robili, co chcieli. A skoro chcieli niszczyć samych siebie i nie umieli bawić się w inny sposób, znaczyło, że to nie było towarzystwo dla niej.
– Czemu? Może w końcu byś wyluzowała i nie była taka spięta?
– To nie moje klimaty – ucięła stanowczo, zaczynając jeść. Z ogromnym utęsknieniem czekała na lunch, by móc w końcu zapełnić swój pusty żołądek.
– Tracisz tylko swoją młodość i wszystko, co fajne minie ci przed nosem. Potem będziesz żałować – skwitował Dave.
– Wątpię.
– W co wątpisz? – zagadnęła Vanessa, która wreszcie dosiadła się do stolika z dość małą ilością jedzenia. Nie czekała jednak na odpowiedź, bo od razu jakoś dziwnie próbowała zwrócić na siebie uwagę, ciągle poprawiając swoje włosy. – No i jak?
Spojrzeli na nią, ale nikt nie wiedział, o co chodzi. Po paru dłuższych chwilach milczenia, westchnęła ciężko.
– Byłam wczoraj u fryzjerki i zafarbowała mi włosy. Mam teraz niebieskie refleksy! – wytłumaczyła niecierpliwie, wciąż bawiąc się falowanymi kosmykami. – Nie wiem, jakiego szamponu użyła, ale takie fajne mam teraz te włosy, że się zaraz w nich zakocham. Jeszcze mi podcięła i nie mam już przynajmniej tych okropnych rozdwojonych końcówek.
– Tak, to są bardzo istotne informacje. Dziękujemy za podzielenie się tym z nami. Z całą pewnością taka wiedza jest istotna. Amen. Czy ktoś chciałby również opowiedzieć swoją historię życia? – zapytał Dave, patrząc po kolei na przyjaciół. Vanessa prychnęła na brata.
– Wam facetom to łatwo mówić. Wstajecie, nawet rozczochrani możecie wyjść z domu a i tak wyglądacie dobrze, a od kobiet wymagacie, by wyglądały jak Afrodyty! A jak jakaś dziewczyna wygląda gorzej to od razu krytykujecie, że jak ona wygląda. A nawet nie wiecie ile musimy przechodzić, by być ładne.
– Jakoś nie bardzo interesuje mnie, co robią kobitki. Ważne, by były ładne, gdy jestem z nimi. W zasadzie wybieram tylko ładne. A czy są naturalnie piękne czy nie, to już nie moja sprawa i nawet nie chciałbym tego wiedzieć – wzruszył lekko ramionami.
– Dobra, więc wyrywasz laskę, która wieczorem jest ładna. Wszystko fajnie, a rano się budzisz z potworem i w ogóle jej nie rozpoznajesz, bo bez makijażu jest okropnie brzydka. To cię też nie obchodzi?
– Ulatniam się zaraz, gdy skończę. W czym problem? – spojrzał na swoją siostrę. – Nie obchodzi mnie, jak wyglądają o poranku. To tylko zabawa. Na co mi stała dziewczyna? By mi marudziła non stop, że nie kupiła drugiej bluzki albo truła o kosmetykach? Po to, by nie dawała mi żyć ani wychodzić na imprezy? Gdzie się nie ruszysz to musisz ją zabierać, a jak nie to zaraz się focha. A nie ma nic bardziej wnerwiającego niż babski foch o byle gówno. Wolność jest piękna! Korzystasz z życia, jak tylko możesz i bawisz się, jak chcesz! Na co komu druga osoba?
– Jesteś żałosny – stwierdziła Vanessa. – Zacznę się ciebie wypierać.
– Nie przeszkadza mi to – odparł, jakby nawet to go nie ruszyło.
– Z takim podejściem żadna dziewczyna nie będzie cię chciała.
– Nie słuchałaś tego, co mówiłem? – zapytał, unosząc jedną brew.
– Wpadło jednym uchem, wypadło drugim – uśmiechnęła się sztucznie na chwilę, wracając do posiłku. Spojrzała tylko na Chrisa, wskazując widelcem na swojego brata. – Jakim cudem ty się trzymasz z nim? Jesteś bardziej porządny…
– Czasami sam zadaje sobie to pytanie – uśmiechnął się delikatnie Chris. – Ale faceci mają inaczej niż dziewczyny. Działamy na innych… zasadach.
– Ale nie jesteś aż tak pusty.
Tamara w tym momencie przestała słuchać rozmowy. Całkowicie odpłynęła do własnych myśli. Bardziej interesowały ją sprawy Odrodzenia i tego, co właściwie robią, że aż sama Sandra poinformowała ich. Czyżby kogoś zabijali? A może chcą znowu złożyć jej i Chrisowi wizytę? Zaczynała czuć niepokój, bo niebezpieczeństwo było ukryte gdzieś za rogiem i tylko czekało, aby wyjść i narobić zamieszania. Bała się tego, bo wiedziała, że nie da rady jeśli miałaby stanąć do walki. Nie miałaby tyle siły, aby przeciwstawić się samemu Alexowi, a co dopiero jakiejś większej grupie od Stowarzyszenia. W dodatku dochodzi nowe zakazy od rządu, gdzie jasno było napisane w umowie, co może a czego nie. Bała się, że jeśli ktoś zaatakuje ją i choćby niechcący użyje swojej mocy, to jakie będą konsekwencje? Kto i w jaki sposób się dowie, że złamała zakaz? Czy od razu ją zamkną?
Z całą pewnością osoby pokroju Alexa były znacznie gorsze niż sami mordercy, chociaż jakoś teraz inaczej patrzyła na tego rudzielca. Zastanawiała się, czy ona aby naprawdę był aż taki zły, jak go wcześniej odebrała. Przebudził jej moc, dzięki czemu mogła stać się Posiadaczką, ale znowu to jak ją potraktował, gdy chciał nefryt było bardzo okrutne. Jednak z znowu w kościele ukazał swoje inne oblicze. Które było prawdziwe? W jakie karty grał ten mężczyzna? Co chodziło mu po głowie? Sandra i Barid ostrzegali ją przed Alexem i może to ich powinna bardziej słuchać niż wierzyć we własną opinię, która na chwilę obecną nie była jednoznaczna. Miała zamiar na razie powstrzymać się od wyrobienia swojego zdania i trzymać się tego, co powiedziały jej osoby, które bliżej a raczej dłużej znały Alexa.
Po szkole Tamara długo namawiała Chrisa, aby oboje nie tracili dnia i pojechali razem do Seattle, by móc potrenować. Chociaż chłopak chciał zrobić sobie wolne skoro ani Barid ani Sandra nie pilnowali ich, ale ostatecznie uległ. Oboje szli w stronę stacji kolejowej, która mieściła się prawie na obrzeżu miasta w dodatku w dość nieciekawej części. Mijali właśnie kolejne niewielkie bloki, które przyprawiały Tamarę o małe dreszcze zwłaszcza, że słońce już dawno schowało się za horyzontem, a ciemne chmury zakryły niebo. Wtem usłyszała jakiś cichy płacz dziecka. Z początku miała wrażenie, że jej się to wydaje albo się przesłyszała, jednak kiedy się zatrzymała i wsłuchała, odgłos był wyraźniejszy.
– Słyszysz? – zapytała, rozglądając się, by odnaleźć źródło cichego szlochania. Chris spojrzał na Tamarę, a po chwili sam przysłuchiwał się, aby usłyszeć to, co dziewczyna. Po chwili przeszedł kilka kroków by zajrzeć do alejki między budynkami, gdzie przy jednym z nich stały kontenery na śmieci, za to drugi blok miał schody przeciwpożarowe. Ruszył powoli mimo sprzeciwu Tamary. – Chris, nie idź za daleko – szepnęła w obawie, że coś może mu się stać, choć nie miała ku temu powodu. Po prostu się bała o niego, jak i o samą siebie. W końcu poszła w ślady przyjaciela, nie chcąc stać sama na ulicy, bo może znowu ktoś podjedzie i ją porwie. Im dalej zagłębiała się między bloki, tym wyraźniej słyszała płacz. Chris w końcu przystanął i patrzył na coś przy kontenerze.
– Hej – odezwał się – nic ci nie jest? – spytał łagodnie, nieco pochylając się. Tamara podeszła do niego i dopiero wtedy ujrzała chłopca, skulonego i trzęsącego się, jak galareta. – Pomożemy ci, tylko powiedz, co się stało.
Mały załkał głośniej i pociągnął nosem, podnosząc nieco głowę. Przez chwilę jakby się opanował, a zaraz szybko wstał i rzucił się na Tamarę mocno się do niej tuląc.
– Siostrzyczko – wyjąkał, szlochając – pomóż mi! Mama… i tata… ten pan ich zabrał!
Tamara była tak samo zaskoczona, jak i Chris, chociaż to ona czuła się bardziej niekomfortowo i niezręcznie, gdy chłopiec mocno obejmował ją w pasie. Czuła, jak się trzęsie, jak bardzo był wystraszony, przerażony i bezbronny, chociaż teraz wydawało jej się, że Andy mógł poczuć choć trochę bezpieczeństwa. Podniosła nieco ręce, nie wiedząc co zrobić w takiej sytuacji. Czy powinna odwzajemnić uścisk? Dać mu zapewnienie, że wszystko będzie dobrze i mu pomoże? Chociaż najchętniej by go delikatnie odsunęła od siebie, bo nie lubiła takich czułości z obcymi ludźmi, a tym bardziej z dziećmi. Spojrzała na Chrisa w poszukiwaniu pomocy, ale ten sam na razie chyba nie wiedział, co robić.
– Znasz go? – zapytał cicho.
– Mama… i tata… – załkał Andy.
– Uhm. Był w ośrodku – odparła szeptem, patrząc na czuprynę włosów małego. W pewnym momencie coś przyszło jej do głowy, co znacznie ją zaniepokoiło. – Jak się tu znalazłeś? Jesteś z kimś?
Ta sytuacja zdecydowanie ją zaniepokoiła. Przecież sam by nie mógł uciec z ośrodka ani tym bardziej dotrzeć do Norville z tak daleka. Kogo powinna powiadomić? A może sama odwieźć go do ośrodka? Zaoferować nocleg u Elizabeth? Nie miała czasu na dłuższe myślenie, bo Andy spojrzał na nią, a wtedy dostrzegła jego spuchnięte oko i ogromne sińce na twarzy.
– Co ci się stało? Kto cię skrzywdził? – spytała z przerażeniem, że ktoś mógł tak skatował małego dzieciaka. To nie mógł być człowiek, tylko potwór bez serca. Tamara sama nie lubiła dzieci, ale to była już przekroczona granica.
– Zły pan… Nie chcę do niego wracać. Pomóż mi – błagał, a z jego oczy popłynęło kilka łez. Wyglądał okropnie i ten widok aż łamał Tamarze serce.
– Lepiej go zabierzmy może na komendę – wtrącił Chris.
Nagle coś upadło na schody przeciwpożarowe dość blisko nich, że aż wzdrygnęli się i spojrzeli za siebie, a serce zabiło im szybciej.
– Mam was – powiedział mężczyzna, szczerząc się, jak opętany. – To co, pobawimy się? – zachichotał, a Tamara po tym od razu przypomniała sobie tego szaleńca, który ją zaczepił dawno temu. Czuła ściśnięty żołądek i nagłą suchość w gardle. Miała tysiąc myśli na sekundę, ale najważniejsze pytanie nie dawało jej teraz spokoju: co robić? Czy to Sandra miała na myśli, że Odrodzenie szaleje? Nie sądziła, aby miała czas na powiadomienie ciotki i raczej z Chrisem byli już zdani tylko na siebie.
– Nie, dziękuję – wymsknęło jej się, a głos zadrżał ze strachu. Chciała uciekać, jak najdalej i ile sił w nogach.
Demens zeskoczył na ziemię, lekko zgarbiony wlepiał swój szaleńczy wzrok w dwójkę młodych Posiadaczy. Widać było jego obłęd i tą aurę niepohamowania oraz dzikości. Chris stanął tak, aby nieco zasłonić swoją przyjaciółkę z chłopcem, który w dodatku zaczął jeszcze bardziej drżeć ze strachu.
– Zły pan – mruknął, a Tamara już mogła domyślić się, kto wyrządził mu krzywdę. I choć zaczęła odczuwać złość to jednak wiedziała, że stoi i tak na przegranej pozycji. Nawet Chris nie był w stanie mierzyć się z Demensem. Andy mocniej objął ją, jakby chciał się schronić a nawet zniknąć.
– Mróweczki takie nieśmiałe? – zachichotał. – Czas zacząć zabawę – powiedział powoli, akcentując każde słowo.
Czas jakby się zatrzymał, a Tamara i Chris bali się tego, co ma zaraz nastąpić. Do czego posunie się ten nieokiełznany mężczyzna i czy w ogóle będą w stanie jakoś przed nim uciec. Sekundy mijały, a oni oboje obserwowali Demensa z niecierpliwością, ale i gotowością do obrony, nawet jeśli zdawali sobie sprawę, że i tak nie mają szans. Przecież nie mogli się poddać. Adrenalina pobudziła ich sparaliżowane ciało. Teraz liczyła się każda sekunda i dobre rozegranie, aby ujść z życiem.
– Andy, uciekaj – szepnęła do chłopca, ale kiedy tylko skończyła, Demens z niewiarygodną prędkością pojawił się tuż przed nią. W ułamku sekundy dostrzegła jego szare oczy, pełne szaleństwa, ale zaraz potem została odepchnięta na bok z taką siłą, że poczuła okropny ból głowy, gdy tylko uderzyła w mur budynku. Pojawiły jej się mroczki przed oczami i przez chwilę wszystko pociemniało. Chris ledwo zdążył się odwrócić, by zobaczyć, co się dzieje. Miał już złapać mężczyznę za ręce i powstrzymać go, ale ten zaraz zniknął. Andy również, jednakże po zaraz usłyszeli jego zduszony krzyk. Ani Tamara ani Chris nie wiedzieli, jak Demens mógł w zastraszającym tempie znaleźć się znów parę metrów od nich, trzymając chłopca na włosy, a drugą ręką zasłaniał mu usta.
– Raz, dwa, trzy, pobawmy się – powiedział z rozbawieniem.
Tamara podniosła się, masując sobie tył głowy, który wciąż niemiłosiernie bolał. Czuła, jakby zaraz miała jej czaszka pęknąć. Była przerażona, ale złość zaczęła się w niej wzbierać.
– Nie szukamy kłopotów. Zostaw dzieciaka i odejdź – odezwał się Chris, siłując na opanowany ton.
– Nie! – wrzasnął wściekle, ale zaraz jakby się opanował. – On jest mój – pogłaskał Andy’iego po włosach. Zaraz potem skierował dłoń w stronę Posiadaczy i szybko wytworzył złocistą poświatę cicho świszczącą. Chris szybko zareagował i stworzył barierę z wody, która oddzieliła go oraz Tamarę od Demensa. Jednak nim się całkowicie uformowała, szaleniec wypuścił energię, a kula uderzyła z impetem w taflę wody rozbryzgując na Posiadaczy, a po chwili przebiła się i powaliła obu na ziemię. Nie mieli czasu nawet się pozbierać, bo mężczyzna w mgnieniu oka pojawił się tuż przy nich. Chris cudem w ostatniej chwili złapał za pięść napastnika, gdy ten wymierzał prosto w jego twarz. Tamara w pośpiechu wstała i chciała rzucić się na Demensa, mając nadzieję, że go przewróci, ale nie była na tyle silna. Mężczyzna zaśmiał się cicho z jej próby i złapał za przedramię, by z łatwością zastosować dźwignię. Dziewczyna boleśnie upadła na plecy z jękiem, aż przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
Chris wykorzystał okazję i wytworzył wodę na kształt kuli i poprowadził tak, aby w jej wnętrzu znalazła się głowa Demensa. Miał nadzieję, że dzięki temu uda mu się trochę podtopić napastnika, ale chłopak zaraz pożałował tego, co zrobił. Szaleniec bez problemu pozbył się wodnej pułapki za pomocą złocistej energii, jaką wytworzył z dłoni, po czym wyciągnął nóż. Ostrze było wygięte, przypominające bardziej pazur jakiegoś ogromnego zwierzęcia.
– Cholera – mruknął Chris, widząc, że nie ma szans i jest coraz gorzej.
Demens zamachnął się, ale niespodziewanie Tamara chwyciła go za rękę, w której trzymał broń. Trzymała go z całej siły. Nie chciała, aby ten zranił a nawet zabił jej przyjaciela. Próbowała wyrwać mu nóż, ale przeciwnik był znacznie potężniejszy. Wystarczyło jedno kopnięcie w brzuch dziewczyna, a ta już zwijała się na ziemi w bólu. Zakaszlała parę razy, czując, że zaraz zwróci zawartość żołądka. W tym czasie Chris podciął nogi Demensowi, który upadł na plecy i wypuścił z ręki nóż. Andy podbiegł i zabrał broń, co rozwścieczyło szaleńca. Szybko pociągnął dzieciaka za włosy, wyrwał mu ostrze i pchnął chłopca na ziemię. Pochylił się nad nim i kopnął go w tułów, a zaraz potem cisnął w jego ciało złocistą poświatą. Chłopiec nabrał powietrza w usta, a później stracił przytomność. Mężczyzna zaśmiał się cicho i na koniec, jakby tego mu było mało, podniósł Andy’iego za włosy i uderzył pięścią w twarz chłopca. Kilka wyrwanych włosów upadło na ziemię wraz z właścicielem. Stróżka krwi wypłynęła z rany przy już i tak spuchniętym sinym oku.
Nie mogła wytrzymać tego widoku. Nie mogła znieść takiego traktowania małego dziecka. To było dla niej zbyt okrutne i wystarczające, aby złość ją opętała. Była tak wściekła, że już nic dla niej się nie liczyło, nie myślała już o konsekwencjach ani zakazach. Chciała dopaść Demensa i zadać mu taki sam ból. Czuła się, jak w amoku, a żyły zaczęły ją palić. Tego było za wiele. Wpatrywała się w ciało chłopca i nie mogła uwierzyć, że ktoś mógł tak go skatować. Tylko jedno słowo zaczęło krążyć w jej myślach.
Zabij.
Demens odwrócił się do Chrisa, który zamachnął się i chciał uderzyć szaleńca, ale ten miał zbyt dobry refleks. Uchyli się przed atakiem, by następnie złocistą energią powalić młodzieńca i przyprzeć go do muru, by zaraz złapać Posiadacza za gardło. Zaczął go dusić.
W tym czasie Tamara podreptała do chłopca. Sprawdziła jego puls i odetchnęła z ulgą, chociaż ledwo wyczuwała jego bicie serca. Patrzyła na twarz Adny’iego. Całą posiniaczoną. Zacisnęła dłoń w pięść i spojrzała na mężczyznę z dozą odrazy i ogromnej nienawiści. A widząc, że ten chcę udusić jej przyjaciela podziałało, jak płachta na byka. Czuła wzrastającą adrenalinę i chęć do działania. Wstała pośpiesznie i niewiele myśląc, podbiegła do Demensa, wybiła się z lewej nogi i z całej siły, jaką w sobie miała, łokciem uderzyła go w tył głowy. Mężczyzna zaskoczony atakiem, wypuścił Chrisa, zataczając się parę kroków, ale zaraz oprzytomniał. Tamara jedna na tym nie poprzestała. Była nabuzowana nienawiścią i wściekłością. Chciała go rozszarpać i tylko to się teraz liczyło. Chciała kopnąć Demensa w krocze, ale ten złapał ją za nogę i jedynie pchnął, by dziewczyna upadła.
– Myślą, że mają szanse. Nie ze mną mróweczki – powiedział, po czym sięgnął po nóż i ruszył do Tamary.
Dziewczyna czuła palące żyły, ale to było przyjemne uczucie w porównaniu ze strachem, jaki ją owładną. Czuła, że teraz się uda. Wyciągnęła rękę w stronę twarzy Demensa i skupiła się, na wydobyciu z siebie mocy. Pochylił się nad nią i już miał wbić ostrze w jej dłoń, gdy fala ognia buchnęła mu prosto w twarz. Wrzasnął, cofając się o parę kroków zasłaniając poparzone miejsce.
Przez chwilę poczuła ulgę. Obroniła się dzięki swojej mocy! To było niesamowite! W końcu mogła użyć energii smoka! Jednak nie na długo mogła nacieszyć się tą chwilą i rozmyślać o tym. Szybko podniosła się, widząc, ze Demens znów przystępuje do ataku, tworząc w dłoni złocistą kulę. Znacznie wyraźniejszą od poprzednich. Zdecydowanie za szybko otrząsnął się, co było niewiarygodne, wręcz niemożliwe, aby po czymś takim normalny człowiek mógł normalnie wrócić do walki! Na jego poparzonej twarzy widać było szaleństwo i wściekłość. Ruszył w stronę Tamary, mając mord w oczach. Dziewczyna chciała znów użyć swojej mocy, ale tym razem w takim zagrożeniu już ciężko było się skupić. W dodatku użycie energii Hóng Lónga już dawało o sobie znać. Czuła jak część siły ją opuściła.
Demens był coraz bliżej.
Sekundy mijały.
Jego aura szaleństwa rosła z każdą chwilą. Wymierzył dłoń z poświatą w stronę Tamary.
Zamachnął się…
Nie widziała, co się stało. Ktoś przewrócił ją ciężarem swojego ciała. Znowu poczuła ogromny ból pleców. Usłyszała jęk tuż przy uchu. Nie miała czasu, aby rozeznać się w sytuacji. Już widziała Demensa stojącego nad nimi i gotowym do kolejnego ataku. Co miała zrobić? Nie miała już siły się bronić ani nie mogła wykrzesać z siebie żadnego większego ognia, który by dosięgnął napastnika.
– Wystarczy – rozległ się czyjś znużony głos. Był dobrze znany obojgu Posiadaczy, a zwłaszcza Tamarze. Spojrzała w bok i zobaczyła Alexa, spokojnie stojącego. W ramionach trzymał nieprzytomnego Andy’iego. Biła od niego drapieżność i władczość. Postawny jak zwykle, siejąc aurą tajemniczości i mroku. Patrzył na Demensa z wyższością i surowością.
– Nie. Chcę więcej zabawy – odpowiedział szaleniec, wpatrując się w Tamarę, dalej gotowy do ataku. Chris podniósł się na jednej ręce i zerknął na nowego przeciwnika. Na twarzy chłopaka widać było zmęczenie, a kropelki potu zlepiły jego kosmyki włosów na czole.
– Sprzeciwiasz się mi? – zapytał chłodno Alex. – Powiedziałem dość. Wracamy – rozkazał, nie chcąc nawet słyszeć żadnego słowa sprzeciwu.
Wydawało się, że Demens chciał coś powiedzieć, ale Tamara i Chris nie zdążyli tego już usłyszeć. Obaj członkowie Odrodzenia zniknęli w czarnych obłokach, jakie powstały znikąd i zabrały ich nie wiadomo gdzie. 


Mam dwie informacje. Pierwsza jest taka, że z tą częścią rozdziału stuknęło już ponad 100 stron!! Yaay! A druga to taka, że nawet nie jestem w połowie opowiadania. xD Zastanawiam się tylko, ile ja to stron napisze skoro przy 7 rozdziale jest aż tyle. Wcale mnie to nie zniechęca czy mówi, abym skróciła opka. Dalej trzymam się i będę trzymać wyznaczonego planu, jaki dawno temu stworzyłam.
No i pierwszy raz pisałam taką bardziej prawdziwą scenę walki. Zapewne nie wyszła mi jakoś super ani nawet dobrze, ale pierwsze koty za płoty. Tym bardziej, że ani Tami ani Chris nie są jeszcze wprawieni w walki, ani ja nie wprawiona w takie opisy.

1. Aż boję się zapytać, jak mi wyszła scena walki, bo zapewne *cenzura*... O.O
2. Jak tam walka Posiadaczy z Demensem? Tami w końcu użyła swojej mocy. Udało się. Yay!
3. Co myślicie o wkroczeniu Alexa? Dlaczego to zrobił? Czy odczuwacie coś, gdy się pojawia? Jeśli tak, to co? Chciałabym wiedzieć, czy dobrze go ukazuje, więc podzielcie się swoją opinią. :)
4. Możecie dodać coś od siebie. 

Zapraszam również na mojego fanpage'a, aby być na bieżąco KLIK :)

sobota, 20 maja 2017

Rozdział 7.1 Zabawa

– No dobra, wstajemy – powiedział Barid, gdy dziewczyna odzyskała już siły. Pomógł jej stanąć na własnych nogach, po czym odstawił na bok miskę z wodą. – Spróbujemy jeszcze raz. Tym razem postaram się nie kichnąć.
Tamara ponownie skupiła się na swojej energii. Teraz mogła znaleźć ją nieco szybciej, gdy już wiedziała, gdzie i jak ma sięgnąć po nią. Przyjemne ciepło pochodzące z serca, płynące przez żyły by ostatecznie wydostać się z dłoni. Iskry zaczęły zamieniać się w delikatny i bardzo słaby ogień sięgający zaledwie trzy centymetry wysokości. Ta chwila nie trwała długo. Tamara szybko poczuła odpływające siły i musiała poprzestać, choć czuła frustrację. Westchnęła ciężko nieco zirytowana.
– Spokojnie. To kwestia praktyki. Organizm musi się przyzwyczaić do mocy smoka. Musisz zwyczajnie stopniowo zwiększać dawkę, by nie wyrządzić sobie krzywdy – odezwał się Hindus, widząc minę dziewczyny.
Wiedziała już o tym, ale takie postępy nie dawały jej żadnej satysfakcji. Na takim etapie skończyła rozwój umiejętności magicznej przed porwaniem. W tym czasie straciła tak wiele dni, w których mogła się uczyć, a teraz prawdopodobnie by była na takim samym poziomie, jak Chris na początku nauki z Baridem.
Minuty przeradzały się w godziny, zmęczenie goniło zmęczenie i coraz bardziej zwalało Tamarę z nóg, ale ona nie potrafiła się poddać. I choć Barid prosił, wręcz nawet rozkazywał przerwanie ćwiczeń, ta ciągle próbowała. Nie miała zamiaru odpuścić tak łatwo. Kłamała, że dobrze się czuje, aby tylko osiągnąć jak najwięcej. Już pod wieczór była wyczerpana, ale jakże rozpierała ją duma, gdy w końcu udało jej się wejść na odrobinę wyższy poziom. Potrafiła wytworzyć silniejszy ogień, który by sięgał w największym szczęściu, najwięcej około trzydziestu centymetrów. Gdyby mogła, to by skakała z radości, ale po tak ciężkim dniu ledwo dała radę wsiąść do samochodu, by Sandra odwiozła ją do domu.
Poczuła się choć odrobinę szczęśliwa. Duma rozpierała ją od środka, zwłaszcza po tym, jak usłyszała pochwałę od Barida. Nie tylko za postępy, ale również za upór, chociaż upomniał ją, by nie przesadzała, bo może to się źle dla niej skończyć.
Ledwo Sandra wyjechała z rezydencji Posiadaczy, a Tamara całkowicie odpłynęła w krainę snów.

Następne dwa dni pełne treningu przyniosły kolejne efekty. Kolejne centymetry zasięgu ognia, jakie Tamara potrafiła z siebie wydobyć dodawały jej znacznej motywacji do jeszcze cięższej pracy. Nawet nie przejmowała się zbytnio, że była zawieszona w prawach ucznia. Dzięki temu całkowicie mogła poświęcić się ćwiczeniom. Jednak szczęście wolności nie trwało zbyt długo. Ledwo Tamara przekroczyła próg kuchni, gotowa na kolejny dzień ciężkiej pracy, a Sandra wybiła ją z lepszego nastroju. Ciągle dziwiła się, jakim cudem ta kobieta ma tyle znajomości i wysoki status, że może zdziałać tak wiele. Wydawało się, jakby mogła sprawić, aby wszyscy jedli jej z ręki.
Już w deszczowy poniedziałek, Tamara niechętnie przygotowała się do szkoły. Ze złością założyła mundurek, a i ten zły nastrój rzutował na jej chęć mocniejszego makijażu, aby nieco bardziej podkreślić swoje oczy. Nabuzowana nieprzyjemną oraz odpychającą energią, udała się do znienawidzonego budynku. Po akcji na stołówce wszyscy już ją znali. Jedni patrzyli, jak na dziwoląga, inni z lekkim strachem, a jeszcze inni poszeptywali cicho podśmiechując. Tamara próbowała się tym nie przejmować, choć poniekąd czuła małą satysfakcję, do której nie chciała się przyznać przed samą sobą.
– Kogo my tu mamy?! – zawołał Dave, podchodząc do Tamary z zadowoleniem. Dziewczyna tylko westchnęła cicho, nie mając najmniejszej ochoty na takie towarzystwo. Zwłaszcza, gdy chłopak objął ją ramieniem, na co dziewczyna od razu się odsunęła i spojrzała na niego z odrazą.
– Zostaw mnie – warknęła cicho, chowając do szafki podręczniki.
– Oj, coś nam humorek nie dopisuje. I jak, fajnie było się trochę poobijać? Też bym tak chciał, a nie… sprzątać tą budę. Co ja jestem? Od czego są sprzątaczki? Jeszcze babunia tak na mnie nawrzeszczała i dała mi szlaban… jak to powiedziała? A! Na „wszelkie urządzenia elektroniczne”.
– Niezbyt mnie to interesuje – odparła z rozmachem zamykając szafkę, by zaraz ruszyć w stronę klasy, gdzie miała mieć pierwszą lekcję. Dave nie odpuścił tak łatwo, podążając za dziewczyną.
– Myślałem, że siedzimy w tym razem, skoro oboje trafiliśmy do dyrka. No i stanęłaś po mojej stronie.
– Jakiej stronie? – zapytała ze złością, zerkając na kolegę. – Wcale nie postawiłam się Andy’iemu ze względu na ciebie, tylko na Chrisa. On jest moim przyjacielem.
– Auć. Myślałem, że też jestem twoim przyjacielem.
Zatrzymała się, stając przed chłopakiem.
– Więc ci coś wyjaśnię. Nie, nie jesteśmy przyjaciółmi tylko dlatego, że razem siedzimy na stołówce, czy mamy wspólnych znajomych. Szczerze mówiąc, nie lubię cię, bo jesteś dupkiem. Wkurzasz mnie niesamowicie i chętnie bym ci przywaliła. Jesteś zakochanym w sobie dzieciakiem, który nie ma do nikogo szacunku i ma na wszystko wywalone. I trzymaj się ode mnie z daleka, jasne?! – wyrzuciła z siebie jednym tchem, wlepiając swój morderczy wzrok w Dave’a, który z początku był zdziwiony, ale za chwilę wzruszył tylko ramionami. Tak jak przypuszczała, nic sobie z tego nie robił, nic do niego nie docierało, a Tamarze już ręce opadały.
– Ile w tobie złości – rzekł, poklepując dziewczynę po głowie, ale ta zaraz ją strząsnęła. – Hormony buzują, co? Wiesz, ja rozumiem, że mogłaś być wkurzona za te zawieszenie, ale serio… nie musisz się na mnie wyżywać. Ulżyło chociaż?
Tamara wydała z siebie dźwięk, podobny do warczącego psa, po czy odwróciła się i pośpiesznie oddaliła od Dave’a. Nie mogła już dłużej znieść tego chłopaka. Jego brak granic i umiejętności normalnego zachowania się, działały na nią, jak płachta na byka.
– Na razie, mała! – usłyszała za sobą, ale nawet się nie odwróciła. W tym momencie zadała sobie pytanie, dlaczego Chris, dobrze wychowany chłopak, ambitny i kulturalny, przyjaźni się z takim imbecylem.  Czy jest w ogóle jakaś osoba, która rzeczywiście może znieść kogoś takiego i naprawdę potrafi polubić taką osobowość? Może rzeczywiście chłopakowi przydałaby się męska ręka przy jego wychowywaniu, a nie tylko pieniądze i pobłażliwa babcia, która coraz bardziej nie potrafiła sobie poradzić z wnuczkiem. Prawdopodobnie to było przyczyną zepsucia Dave’a, który nie miał dobrego wzorca w domu.
Pierwsze lekcje do czasu lunchu były dość stresujące dla Tamary. Główne czuła jakąś dziwną presję otoczenia, aby zachowywać się normalnie, choć jak zawsze była sobą. A przynajmniej, tak jej się wydawało. Szepty uczniów oraz ich spojrzenia razem z nauczycielami były lekko przytłaczające. Jakby Tamara była pod obserwacją i każdy tylko czekał na kolejny wybuch agresji. Z początku to ją niezmiernie irytowało, ale po lunchu za radą Chrisa, postanowiła to ignorować, a czasem nawet zaczęła lubić to. Przynajmniej niektóre osoby mogła postraszyć samym spojrzeniem. Nawet podczas zajęć tanecznych, reszta koleżanek z grupy próbowały ją omijać i stać, jak najdalej. Tamara w duchu śmiała się, że może mają pietra, przed zarażeniem się wścieklizną od niej.
Gdy zajęcia się skończyły, Tamara specjalnie ociągała się, aby tylko wyjść ostatnia. W końcu o tej porze większość zajęć dodatkowych się kończyła, a nie chciała iść razem z większością uczniów, którzy uważali ją za świruskę. Lepiej było uniknąć już takiego zdarzenia i na spokojnie przemierzać puste korytarze szkoły, nie martwiąc się ani nie widząc tych krzywych spojrzeń. Cieszyła się również, że ani Chris ani Vanessa nie zmienili do niej nastawienia i wciąż traktowali tak samo. Żadnych kazań z ich strony, chociaż najbardziej spodziewała się jakiejś przemowy od przyjaciela, ale ten jakby zapomniał o całej sprawie. Vanessa zachowywała się podobnie.
Tamara podeszła do swojej przyjaciółki, która czekała na nią przy oknie, niedaleko wyjścia ze szkoły.
– W końcu – odezwała się szatynka, zakładają swoją torbę na ramię, gdy Tamara była już na tyle blisko, aby Vanessa nie musiała krzyczeć. – Myślałam, że już sobie poszłaś. Jeszcze trochę, a miałam do ciebie dzwonić.
– Wolałam poczekać, aż wszyscy sobie pójdą – wyjaśniła, podchodząc do dziewczyny. Odruchowo wyjrzała przez okno na szkolny dziedziniec i coś przykuło jej uwagę. A raczej ktoś. Trójka mężczyzn stojących tuż za bramą, patrzący prosto na Tamarę. Jednego z nich bez problemu rozpoznała. Spora masa mięśni, surowy wyraz twarzy oraz szrama na policzku. Przez chwilę zawirowało jej w głowie, a nogi zadrżały, jakby zaraz miały odpłynąć od nich wszelkie siły. Serce zaczęło bić mocniej i szybciej, a powietrze stało się jakby cięższe. Tamara cała zbladła i powoli cofnęła się, nie wiedząc zupełnie, co robić. Choć wcześniej tak bardzo chciała odpłacić się tym mordercom, to teraz czuła, że nie dałaby rady tego zrobić.
– A tobie co? – zapytała Vanessa i powędrowała wzrokiem tam, gdzie patrzyła jej przyjaciółka, ale za chwilę z powrotem spojrzała na Tamarę. – Tami… dobrze się czujesz?
– To oni – wyszeptała z przerażeniem, wciąż cofając się, jak najdalej od okna, aż plecami dotknęła chłodnej ściany. Na chwilę wstrzymała oddech, a jej oczy ukazywały ogromne przerażenie. Nogi zaczęły lekko drżeć, sparaliżowane i już nie zdolne do ewentualnej ucieczki. – To oni! – krzyknęła, a paniczny strach zalał całe jej ciało. Serce zaczęło łomotać i o mało nie wyskoczyło jej z piersi.
– Kto? – Spokojny głos Vanessy wcale nie pomagał Tamarze. Wręcz przeciwnie. Zaczął drażnić jeszcze bardziej, bo nie mogła zrozumieć, że w takiej sytuacji dziewczyna może być opanowana. Co chwila wyglądała przez okno, a później przyglądała się uważnie Tamarze, nie wiedząc, co się dzieje.
– Oni. Ci mordercy – odparła już ze zniecierpliwieniem. Co miała robić? Uciekać? Dzwonić na policję? Do Sandry? Po Chrisa? Najchętniej schowałaby się gdzieś w bezpieczne miejsce, ale nogi odmawiały posłuszeństwa. Myślała, że jeśli kiedykolwiek ich spotka będzie miała ochotę ich zabić, jednak nie potrafiła nawet się ruszyć. Choć stali tak daleko od niej czuła, że patrzą prosto na nią, czekając aż wyjdzie i będą mogli dokończyć to, czego nie udało im się za pierwszym razem. Z trudem zaczęła łapać powietrze, a twarz jeszcze bardziej zbladła.
– Mordercy? Tami, o czym ty mówisz?! Gdzie oni są?! Trzeba dzwonić na policję – powiedziała z lekką paniką w głosie, rozglądając się, ale nie potrafiła niczego niepokojącego dostrzec. Sama się wystraszyła, chociaż nie miała dowodów. Tamara spojrzała na Vanessę, mając coraz bardziej dość tego, że dziewczyna nie widzi czegoś, co ma przed nosem.
– Jak to gdzie?! Stoją przy bramie! Nie widzisz?! – krzyknęła, tracąc już nad sobą kontrolę. Nie mogła oderwać wzroku od wciąż stojących mężczyzn. Zaczęła bać się, że przez nią i Vanessa może zostać zabita. Drżącymi dłońmi wyciągnęła telefon. Z trudem mogła odnaleźć numer Sandry, by zadzwonić do niej.
– Tami, nikogo tam nie ma… – szatynka zerknęła na przyjaciółkę, sprawdzając czy ta nie postradała przypadkiem zmysłów.
– Jak nikogo nie ma, jak ja widzę ich wyraźnie?! – warknęła.– Przecież stoją tam – zniecierpliwiona wskazała na bramę. Vanessa ponownie spojrzała w tamtą stronę, ale zaraz zerknęła na Tamarę całkiem zbita z tropu. Przecież nie oszalała. Nie aż tak do końca. Jeszcze nigdy w życiu nie miała żadnych halucynacji.
– Może… coś ci się przewidziało? – zapytała niepewnie, nie chcąc zbytnio urazić przyjaciółki. Tamara miała dość. Jak można było robić z niej taką wariatkę?
– Nic mi się nie przewidziało! Przecież oni cały czas tam są! Stoją i patrzą na mnie! – krzyknęła zdenerwowana, bo zamiast otrzymać pomocy, to musiała jeszcze przekonywać, że niczego sobie nie zmyślała. Miała coś jeszcze dodać, ale zapomniała zirytowana słysząc głos automatycznej sekretarki. Jak zwykle, kiedy Sandra była potrzebna, to nawet telefonu nie mogła odebrać. – Chodźmy stąd! – rzekła z podniesionym głosem, biorąc przyjaciółkę za ramię i pociągnęła, prowadząc ją pustym korytarzem.
– Tami… – westchnęła Vanessa, ale już więcej nie powiedziała.
Najważniejsze było, aby jak najszybciej oddalić się od niebezpieczeństwa. Tamara nie miała pojęcia, co robić. Mogła się słuchać jedynie swojego instynktu, który obecnie podpowiadał jej, aby wyjść z zupełnie innej strony ze szkoły. Jakby to mogło ustrzec ją przed spotkaniem oprawców, zmylić ich i być bezpiecznym. Jednak najbardziej bała się, że naraża też swoją przyjaciółkę, ale w tym momencie próbowała się tym nie przejmować. W końcu odciągała ją od kłopotów, które niby nie były winą Tamary. Trzęsła się, strach pobudził adrenalinę, co nieco przysłoniło jej zdrowy rozsądek.
Przemierzyły kilka korytarzy, co chwila wyglądając przez okno, aż w końcu dotarły do wyjścia przy hali sportowej. Tamara rozejrzała się dookoła, cała w napięciu czekając aż ktoś zjawi się i znów będzie chciał ją porwać, ale nic takiego się nie wydarzyło. Mordercy nie czekali na nią w tej części dziedzińca szkolnego. To jednak dla niej nic nie znaczyło, bo mogli być wszędzie. Serce wciąż łomotało jej w piersi, jakby zaraz miało zatrzymać się na zawsze z całego strachu, jaki opanował dziewczynę.
– Możesz już przestać mnie ciągnąć? – odezwała się Vanessa, gdy Tamara o mało nie zaczęła biec, aby tylko jak najszybciej opuścić teren szkolny.
– A co jeśli nas złapią? Oni mogą być blisko – odparła drżącym głosem, rozglądając się, co chwila, aż szyja ją zabolała. Na szczęście nie było żadnej żywej duszy w polu jej widzenia, co poniekąd uspokajało dziewczynę.
– Mówiłam ci, że nikogo nie było. Tami, popadasz w paranoję! – Wyrwała się z uścisku przyjaciółki i przystanęła lekko zdyszana, patrząc z wyrzutem w oczach. Tamara nie rozumiała tego, przecież były w niebezpieczeństwie. Ba! Wciąż mogą być! Ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to ją chcą mordercy, a Vanessa powinna być wolna. – W tym momencie mnie przerażasz. Mogę zadzwonić po taksówkę, by odwiózł nas do domu, jeżeli tak bardzo się boisz. Ja rozumiem, że masz traumę, ale nie możesz żyć ciągle w strachu. Może powinnaś pójść do psychologa? – zapytała marszcząc lekko czoło ze zmartwienia.
Tamara nie wiedziała, jak to skomentować. W pewnym sensie poczuła się urażona, jakby i jej przyjaciółka zaczynała uważać ją za wariatkę, która powinna się leczyć. Jednak może z drugiej strony miała rację? W końcu kiedyś chodziła na terapie. Co jeśli powinna do tego wrócić?
– Jak chcesz mogę odprowadzić cię do domu.
– Nie, dzięki. Wrócę sama – powiedziała, czując jak jej duma została nadszarpnięta, więc już wolała nie targać za sobą Vanessy. Może i był to głupi pomysł, ale wolała ryzykować niż znowu słyszeć, że wariuje. Odwróciła się, rozejrzała i ruszyła przed siebie. – Widzimy się jutro – dodała, bardziej od niechcenia. Wyciągnęła klucze z torby, wsunęła jeden z nich między palec środkowy a wskazujący, trzymając go kurczowo, jakby to była ostatnia deska ratunku. Nawet nie brała pod uwagę swoich nadprzyrodzonych zdolności, bo nie sądziła, aby w takim strachu oraz stresie była zdolna do wytworzenia ognia. Nie miałaby czasu, aby się odpowiednio skupić, chociaż szło jej coraz lepiej na treningach z Baridem.
Zignorowała głośne i ciężkie westchnięcie Vanessy, które były oznaką jej zirytowania. Była zła na przyjaciółkę, ale cóż mogła na to poradzić? Nie zawsze mogła na nią liczyć, bo nie przeszła tego, co ona. Jak można zrozumieć cierpienie, jeśli miało się go w swoim życiu tak mało?
Gdy tylko przekroczyła próg domu, usłyszała włączony telewizor w salonie, odetchnęła z ulgą. Dotarła cała i zdrowa do swojego schronienia, chociaż wciąż roztrzęsiona nie mogła zapanować nad emocjami. Wbiegła po schodach, zamknęła się w pokoju od razu rzucając torbę oraz klucze na łóżko, na którym po chwili usiadła. Nogi drżały zarówno jak i ręce. Miała wrażenie, że zaraz wypluje płuca, bo przez całą drogę biegła, najszybciej jak mogła. Zgrzana, spocona i przerażona, jednak wciąż w jednym kawałku. Bez żadnej rany.
Czy miała szczęście, czy może mordercy jednak chcieli ją tylko nastraszyć? Przez chwilę przeszło jej przez myśl, że może w jakiś sposób ją śledzili i sama sprowadziła ich tu, do domu. Zaczęła się bać, że w nocy lub też w najbliższym czasie dojdzie do tego samego wydarzenia, które miało miejsce dwa lata temu.
Cała w nerwach, wyciągnęła komórkę. Znów próbowała skontaktować się z Sandrą, ale ta nie raczyła odebrać. Wysłała do niej SMS-a, aby w ogóle wiedziała, co się stało, gdy tylko będzie miała chwilę na odczytanie wiadomości. Zaraz potem zadzwoniła do Chrisa. Opowiedziała przyjacielowi całą zaistniałą sytuację, a gdy skończyła załamał się jej głos i łzy same spłynęły po policzkach. Nienawidziła takiej swojej reakcji. Nie potrafiła powstrzymać i opanować się w takich momentach. To było silniejsze, choć za wszelką cenę próbowała z tym walczyć. Uważała, że była żałosna, gdy z byle powodu potrafiła się rozryczeć, jak małe dziecko. Wiedziała, że musi w końcu dorosnąć. Wziąć się w garść i stać się twardą niczym skała dziewczyną, a zarazem potężną Posiadaczką Hóng Lónga.

Nie spała całą noc, choć zmęczenie usilnie dawało o sobie znać. Każdy najmniejszy dźwięk przyprawiał ją o szybsze bicie serca i odruchowe sięganie po nóż schowany pod poduszką. Gdy zadzwonił budzik, machinalnie wyłączyła go, ale nie była w stanie nawet wstać z łóżka. Myśl o tym, że ponownie może przeżyć spotkanie z mordercami przyprawiało o mdłości oraz niepohamowaną panikę, której za nic wciąż nie mogła się pozbyć. Leżała przykryta pod kołdrą, czekając tylko, kiedy Elizabeth zrobi jej kazanie. Choćby się waliło i paliło, Tamara musiała chodzić do szkoły, jakby od tego zależało jej życie. Jedynie w bardzo skrajnych przypadkach przybrana matka była pobłażliwa, ale dziewczyna i tak w podświadomości czuła presję.
Błogą ciszę przerwał dzwonek komórki. Spojrzała na wyświetlacz i odebrała zdziwiona, a zarazem zirytowana, że dopiero po takim czasie się odzywa.
– Mogłabym już być martwa – mruknęła na powitanie, mimo iż wiedziała, że to wkurzy kobietę.
– Ale nie jesteś – odparła chłodno Sandra, trzaskając drzwiami od samochodu, a po chwili było słychać dźwięk włączonego alarmu. – Sprawdzę dzisiaj, czy oni rzeczywiście byli u ciebie wczoraj. Powiadomiłam już Barida. Przyjedziemy do ciebie po południu. Na razie muszę lecieć. Mam też inne sprawy do załatwienia. A! I niech twój blondas przyjdzie. Oboje będziecie mi na chwilę potrzebni. Nara.
– Na razie – odparła, choć już nie zdążyła, słysząc krótki sygnał rozłączonej rozmowy. Podniosła się do siadu i wpatrywała pustym wzrokiem przed siebie.
Jesteś idiotką. Weź się w garść. Chcesz do końca życia ukrywać się pod kołdrą i drżeć ze strachu, jak bachor? Wielki z ciebie Posiadacz. Nie zasługujesz na to miano. Nic nie robisz. Tchórzysz zamiast stawiać czoła. Liczysz, że ktoś cię z tego wyciągnie? Będzie ratował, jak jakąś księżniczkę? Nikt nie ruszy dupy, by cię chronić. Sama musisz o to zadbać. Umiesz liczyć, licz na siebie. Jesteś żałosna… Zrób coś ze sobą, a nie ciągle marudzisz i się użalasz, jak ci źle. Jak sama nic nie zrobisz, to nikt niczego za ciebie nie zrobi. Sama jesteś odpowiedzialna za swoje życie i to, jaką drogą pójdziesz. Dorośnij w końcu. Dostałaś okazję, by móc być jak każdy inny człowiek, a nawet więcej, a ty zachowujesz się, jak trzęsiportek. Tak nie powinno być. Musisz zacząć działać! Dawać z siebie więcej niż to możliwe. Musisz nauczyć się mierzyć z własnymi problemami. Dziewczyno, masz w sobie moc! Wykorzystaj ją!
Dobijanie samej siebie w myślach, a zarazem próbowanie zmotywować się do pracy, jakoś niezbyt dobrze jej szło. Przynajmniej była świadoma swoich wad i tego, nad czym musi popracować. Musiała się zmienić. I to jak najprędzej, by nie obarczać wszystkich dookoła swoimi kłopotami. Mówiła sobie, że to ona powinna zadbać o bezpieczeństwo, skoro dostała tytuł Posiadacza. Była kimś więcej niż szarym człowiekiem. Mogła więcej, a póki co drżała ze strachu przed najmniejszym zagrożeniem. Czy tym powinien cechować się wojownik? Następca Hóng Lónga? Wątpiła w to. Zapewne cechował się niezwykłą odwagą, siłą, mądrością i spokojem. Chociaż, co do tego ostatniego nie mogła być pewna. Musiała być taka albo podobna. Tak. To był jej cel. Musi przestać się mazać, jak dzieciak i stać się bezuczuciową wojowniczką. By dać radę ze wszystkim. Sama. By móc w każdej chwili komuś skopać dupę i pokazać, że nie da sobie już zrobić krzywdę. Tylko jak pozbyć się tego strachu? Na samą myśl o wyjściu i spotkaniu swoich oprawców, drżała i paraliżował ją lęk. Co mogła z tym zrobić? Wiedziała, że niemożliwym jest zmienić się od tak, z dnia na dzień.
W tym momencie przypomniała sobie słowa pana Lee: „Każdy krok zostawia ślad; pracuj wytrwale, a osiągniesz postępy”. Zapewne było to jedno z chińskich powiedzeń, jakimi czasem sypał Azjata. Jednak w nich była prawda. Wiedziała, że miał rację. Jak zawsze z resztą. Może warto podążać tą ścieżką? Może nie zrobi wielkich postępów na samym początku, ale jak powiedział Chris, każdy uczy się w swoim czasie. Jednemu zajmuje to dłużej, innemu szybciej. Z całą pewnością to był dobry sposób.
Najważniejsze to się nie poddawać. Nie mogę się poddać. Dam radę. Muszę. Muszę być silna. Alex też przeżył koszmar, a teraz jest potężny… jeśli on dał radę, to ja też.
Czuła to, czuła motywację do działania. I choć strach wciąż gdzieś tam się tlił w jej sercu, to powoli ustępował, a na jego miejsce przychodziła wola walki. Zmierzenia się ze wszystkimi problemami. Z próbą zmian, jakich powinna dokonać w samej sobie. W tej chwili miała ogromną nadzieję, że jej się uda. Na pewno. Tylko musi pracować nad tym. W końcu osiągnie to, czego tak bardzo pragnie.
Chwilę rozmyślań przerwało krótkie pukanie do drzwi, które po chwili się otworzyły. Elizabeth zajrzała do pokoju, a na jej twarzy od razu pojawiła się mina niezadowolenia, gdy zobaczyła swoją córkę jeszcze w łóżku. Natychmiast kazała Tamarze się zbierać, bo spóźni się do  szkoły, mimo próśb dziewczyny. Niechętnie zwlekła się z łóżka i zaczęła szykować na kolejny dzień, który mógł stać pod znakiem zapytania.
Niestety w środy nie miała żadnej lekcji z Chrisem, a przerwa na lunch niewiele dała. Nie mogli swobodnie rozmawiać przy swoich przyjaciołach, dlatego Tamara jedynie wspomniała, by chłopak wpadł do niej po szkole. Była ciekawa czegoż to Sandra chciała od nich obydwu. Przeczuwała, że będzie to kolejne kazanie. Elizabeth wyciągnęła Nicka z domu pod jakimś pretekstem, aby trójka Posiadaczy oraz jej młodsza siostra mogli na spokojnie porozmawiać. Tamara od razu opowiedziała o wczorajszym incydencie, który Sandra zbagatelizowała. Wszystko opierała na swojej wiedzy i argumentach, że to nie mogli być ci prawdziwi. Barid słuchał uważnie i długo się zastanawiał, dumał nad informacjami, aż w końcu się odezwał, choć widać było, że się wahał.
– Muszę jednak przyznać rację Sandrze. Oni nie mogli być prawdziwi, jeśli twoja koleżanka ich nie widziała w tym czasie, co ty – powiedział, powoli wypowiedział każde słowo. Wciąż wpatrywał się w jeden punkt na dywanie, ledwo mrugając. – Nie ma możliwości, aby osoby z innego świata były niezauważone dla innych ludzi. Są tak samo materialistyczne, jak wszystko dookoła. Jestem prawie przekonany, że to sprawka Odrodzenia, chociaż do tej pory nie poznałem żadnego, który by miał moc iluzji. To by znaczyło, że albo jeden nauczył się nowej sztuczki, co wątpliwe, albo… znaleźli kogoś nowego. I tu by był większy problem, bo nowy obiekt zwiększa ryzyko. Nie wiemy z czym byśmy walczyli.
– My i tak nie wiemy z kim walczymy – wtrąciła poirytowana Tamara, chociaż starała się, aby ton jej głosu wyszedł na w miarę uprzejmy.
– Na razie wam będą przeszkadzać ludzie ze Stowarzyszenia, którzy chcą was albo pozyskać albo zabić, byście im nie bruździli. Przez wiele lat składali nam, Posiadaczom starej dary, różne oferty. Niektóre nawet bardzo kuszące, ale Odrodzenie robiło takie rzeczy, że tylko osoba przepełniona ciemnością by do nich dołączyła. Im nie można ufać, choćby nie wiem, jakie piękne bajki opowiadali. Chociaż najgłówniejszym wysłannikiem był Alex, ale swego czasu miałem okazję poznać trochę więcej tych potworów. W swojej prawie czterdziestoletniej karierze zdołaliśmy jedynie zabić trzech. Trzech z niewiadomo ilu tak naprawdę. Są tak potężni, że ciężko porównać z nami, posiadaczami smoków. Najważniejsze by nie dać się zabić.
– Skoro są tak silni to bez problemu by was zabili. To znaczy… nas też – rzekła Tamara, znacznie zaniepokojona tym wyznaniem. Hindus miał wiele lat doświadczenia i był z całą pewnością potężny, a skoro tylko tylu zabili z trudem, to jak wielką potęga władali ludzie z Odrodzenia? Nie mogła sobie nawet tego wyobrazić, a to przyprawiało ją o ciarki na plecach i budziło ogromny niepokój.
– Są dwa powody. Jeden jest taki, że wciąż liczą na pakt z Posiadaczami. Doceniają nasze moce, które zapewne by potrafili wspaniale rozwinąć na jeszcze większy poziom niż ja osiągnąłem do tej pory. Mają jakieś swoje sposoby na pobudzenie umiejętności smoków. Drugi jest taki, że nas ciężko zabić. Wiele razy byliśmy u kresu śmierci, a mimo to przeżyliśmy wiele tragedii. Nawet tych, z których zwykły człowiek by nie był w stanie wyjść. Nie znaczy, że jesteśmy nieśmiertelni, bo jesteśmy, jednakże nie mogę powiedzieć, co konkretnie może nas zabić. Tak jakby każdy z nas miał własne słabe punkty.
– Więc niby chcą nas zabić, ale… nie mogą? – zapytał Chris nie bardzo będąc przekonany. Dla niego to była znacznie za dziwna sytuacja. Dla niego jedno wykluczało drugie i ani trochę nie było logiczne. – Więc jak zmarli poprzedni Posiadacze? Bo nie żyją, prawda?
– Prawda. Trevor zginął w katastrofie lotniczej, kilka dni po tym, jak smok opuścił jego zniszczone ciało, które nie było zdolne do walk. Niestety najwięcej popełniał prostych błędów, używając swoich umiejętności. Często lubił popisywać się w walkach i wyciągał więcej mocy niż mógł znieść to jego organizm. Nie był skory do treningów, dlatego tak szybko skończył. James – Posiadacz Powietrza zaginął… – zatrzymał się, gdy Sandra odchrząknęła znacząco – …rok później. Do tej pory nie znaleźliśmy jego ciała ani nie wiemy, co się z nim stało. Po prostu przepadł, jak kamień w wodę – dokończył, chociaż Tamara i Chris wyczuli to dziwne zachowanie. Mieli już przerwać i dopytać, ale Barid kontynuował: - Henry zginął wraz z Isildą w walce z jednym z Odrodzenia. To wtedy im dwóm udało się zabić tego trzeciego. Za cenę własnego życia, niestety – westchnął cicho, a jego wzrok na parę długich sekund był nieobecny, jakby przypomniał sobie tamto wydarzenie.
– Są aż tak silni? – spytała Tamara, lekko krzywiąc się na samą myśl o kolejnym spotkaniu z Alexem. Teraz czuła, że stąpa po cienkim lodzie, skoro nawet Barid, doświadczony i znacznie silniejszy Posiadacz był słabszy od niego.
– O tak. Bardzo potężni. Tacy ludzie sięgają po każdą opcję, aby tylko się wzmocnić.
– Ilu ich jest tak naprawdę? Jacy są? Mają jakieś konkretne umiejętności?
– Ilu ich jest, tego nie wiem. Ich liczba może się cały czas zmieniać, ale spokojnie – uśmiechnął się delikatnie – nie stworzą żadnej armii, jeśli chodzi o liczebność. Gorzej z ich mocami. Są niewyobrażalnie silni. Na przestrzeni lat zdążyli tak się wzmocnić i zgłębić tajniki magii, że nigdy nie możesz być pewna, co umieją. Sam Alex, gdy go pierwszy raz spotkałem emanował ogromną samą energią Qi! Powietrze było wręcz przesiąknięte jego mocami, a ja to bez problemu potrafiłem wyczuć. Wydaje mi się, że wtedy jeszcze nie umiał tego kontrolować. Z biegiem lat było coraz lepiej.
– To kiedy go poznałeś? – wtrącił Chris, uważnie słuchając, chociaż jego twarz nie wykazywała żadnych oznak zainteresowania. W przeciwieństwie do Tamary.
– Prawie na samym początku przebudzenia mojego smoka. Wtedy jeszcze mieszkałem w Indiach. Skurczybyk nic się nie zmienił, a ma więcej lat ode mnie.
– Więcej? – zdziwiła się Tamara. To zdecydowanie jej nie pasowało. Alex przecież wyglądał na dwudziestoparolatka. Jakim cudem mógł być starszy od samego Barida?
– Pewnie, że tak. Ale myślę, że to zasługa Katsumi. Umie kontrolować nie tylko wygląd ale również zatrzymać komórki przed starzeniem się nie tylko swoje, ale i innych. Z całą pewnością jej moce podtrzymują większość z Odrodzenia, co pozwala im żyć znacznie dłużej. Tak więc mają czas na ulepszanie swoich umiejętności. Spotkałem ją chyba góra ze trzy razy. Potem się już nigdzie nie pojawiała. Pewnie stwierdzili, że jest zbyt ważna, by ryzykować konfrontacje z Posiadaczami.  MadLocka też znałem. Kawał skurczybyka. Wyciągnęli go z więzienia w Meksyku. Jego pierwszego wykończyliśmy, po wielu latach starań. Był strasznie narwany, szybko się wkurzał i tracił panowanie nad sobą. Mieliśmy wiele szczęścia, bo w piątkę napadliśmy na niego, gdy mieliśmy ku temu okazję. Nikt chyba specjalnie nie lubił go w Odrodzeniu, bo jakoś żaden nie kwapił się by mu pomóc. Musiał sobie nieźle przeskrobać albo nie stosować się do ich zasad. W każdym razie jednego mordercę mniej.
– Tak, a potem zabiliście jeszcze dwóch. Ciekawa opowieść, ale możemy przejść do formalności? Trochę mi się śpieszy – odezwała się w końcu zniecierpliwiona Sandra, która wyciągnęła z teczki dwa egzemplarze pliku kartek połączone zszywką, po czym wręczyła je młodym Posiadaczom. – Przeczytajcie i podpiszcie. Później możecie sobie opowiadać historyjki na dobranoc.
– Co to jest? – zapytał Chris, pobieżnie czytając, a z każdą kolejną stroną nie podobały mu się zasady, których musiał zacząć przestrzegać. – Wiedzą o nas? – zerknął na blondynę, trwając w konsternacji.
– Niestety już wiedzą. Wiecznie byście się nie ukrywali – odparła chłodno, poprawiając swojego koka, z którego wyszło parę blond kosmyków.
– Rząd zawsze chce mieć nad wszystkim kontrolę. Cieszcie się, że nie chcą was nigdzie zamknąć – wtrącił Barid, który rozumiał postawę młodych Posiadaczy. – Na razie podlegacie pod moją i Sandry opieką, jesteśmy za was odpowiedzialni, więc lepiej byście nie złamali żadnej zasady. Na razie nam ufają, ale szybko mogą zmienić nastawienie i sporządzić rozkaz zamknięcia bądź zabicia was. Według nich jesteście niebezpieczni.
– Cóż za wspaniałomyślność od rządu. Mamy być pod ich władzą, a w razie sprzeciwu zostaniemy ukarani? Zakaz używania mocy poza treningami, w sytuacjach zagrażających życiu lub za pozwoleniem od rządu w sytuacjach kryzysowych? – zapytała Tamara nieco poirytowana. Tak jak Chris, nie mogła uwierzyć, że nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych będzie ich kontrolował tylko dlatego, że są Posiadaczami. Ludzie, którzy mają władze będą im rozkazywać, kiedy mogą używać własnych mocy, a najmniejszy przejaw sprzeciwu natychmiastowo likwidowany.
– Nie wyściubiajcie nosa, a będzie dobrze. To nie moja sprawka. Równie dobrze mogli przyjechać do was faceci w czerni, zabrać was do agencji wszystkich jednostek czy do samego wojska, zamknąć was czy wykorzystać jako tajna broń w razie potrzeby. Na razie macie i tak swobodę, bo jesteście niepełnoletni i nie umiecie jeszcze aż tak korzystać z mocy. To na razie trzyma rząd w ryzach. Ufają Baridowi…
– …który też jest pod lupą amerykańskiego rządu… – wtrącił Hindus.
– …więc na razie my was pilnujemy.
– Na razie – odparł Chris, choć ton jego wypowiedz bardziej sugerował na pytanie. – A co jak skończymy szkołę? Będziemy musieli przyłączyć się do jakiejś jednostki? Zostać psami rządowymi, odwalać jakieś misje w Afganistanie? Ja się na to nie zgadzam – rzucił plik papierów na szklany stolik, wzburzony postawą ludzi rządzących tym krajem.
– Za nie podpisanie umowy grozi ci odseparowanie od świata, zamknięcie na cztery spusty i całkowite szkolenie przez wojsko. Wtedy dopiero będziesz psem policyjnym. Ale jeśli dobrowolnie się nie zgadzasz, nie ma problemu. Możesz i zostać marionetką w rękach rządu – prychnęła Sandra, patrząc kpiąco na chłopaka.
– To nie jest dobrowolna zgoda. To jest wymuszenie i szantaż. Prawa człowieka znikają tylko dlatego, że mamy wyjątkowe umiejętności i dla nich jesteśmy niewygodnymi dzieciakami? Mam rację? – Choć chłopak był również lekko podenerwowany, to wciąż wydawał się być niezwykle spokojny. I mimo iż Tamara znała dobrze swojego przyjaciela, to w tym momencie chciała, aby i on ukazał trochę więcej złości. Jego stoicyzm działał jej trochę na nerwy, a zarazem kazał i jej panować nad sobą.
 – Chris, posłuchaj – zaczął Barid. – Wiem jak to wygląda, ale z dwojga złego lepiej takie wyjście. Rozumiem cię, tez nie chciałem niczego podpisywać, do niczego się zobowiązywać, ale to jest jak pakt pokojowy. Lepiej mieć rząd przy sobie niż przeciwko. Macie możliwość do rozwijania umiejętności, macie małe ograniczenia, ale wciąż jesteście wolni. Okrutne, ale tak się zabezpieczają. To jest tylko papierek. Lepiej podpisać i mieć spokój niż mieć agentów na karku, którzy będą śledzić każdy twój krok. Uwierz mi. Wiem, co mówię i wiem, jak to jest.
– Więc moim rodzicom mogę powiedzieć, że jestem Posiadaczem i podpisuję akurat umowę z rządem, tak? Z całą pewnością się ucieszą. Zwłaszcza moja mama – odparł z ironią i zerknął na swoją przyjaciółkę.
– Sprawa z twoimi rodzicami jeszcze nie do końca jest załatwiona, ale spokojnie, pracujemy nad tym – Sandra uśmiechnęła się sztucznie, siadając wygodniej na kanapie i świdrując swoimi jasnymi oczami Chrisa.
– Co to ma znaczyć?
– Teoretycznie zapiszemy cię na dodatkowe prywatne korepetycje z czego tylko chcesz, abyś mógł na spokojnie trenować. W razie jakichkolwiek wyjazdów, będziesz miał wymówkę, a alibi również się znajdzie. Dzięki temu masz też większe szanse na lepszą przyszłość. Współpraca dobrze ci zrobi. W formalnym znaczeniu tego słowa.
– Ulżyło mi – westchnął cicho.
– Ulży ci w przyszłości. To naprawdę nie jest nic złego. Jeśli będziecie grzecznymi szczeniakami nikt nie dobierze się do waszych tyłków. Proste, logiczne i wykonalne. Podpiszcie.
– Ostatnie pytanie – wtrącił Chris, gdy wziął długopis do ręki i już miał zatwierdzić zgodę na warunki, ale zatrzymał się. Sandra przewróciła oczami, nie mając za bardzo już cierpliwości do młodego chłopaka. – Dlaczego ty dajesz nam te papiery? Nie powinno być bardziej oficjalnie?
– Na razie nie jesteście kimś ważnym, a mnie przydzielili do działu „odpowiedzialności za Posiadaczy”. Czy odpowiedź cię zadowoliła? – zapytała, wymuszając lekki uśmiech.
– Jeśli mam być szczery to nie do końca.
– Musisz się przyzwyczaić i zrozumieć, że nie muszę ci mówić o wszystkich działaniach oraz odpowiadać na twoje dociekliwe pytanie, dlaczego jest tak a nie inaczej. Rób, co mówię, a będzie dobrze.
– Nie jestem, co do tego przekonany – mruknął, podpisując po ponownym dokładniejszym przeczytaniu. Tamara postąpiła tak samo, jak jej przyjaciel, choć nie miała wątpliwości w słuszność sprawy, to jednak fakt, że siedziała w tym razem z Chrisem sprawiał, że czuła się bezpieczniej. W razie, gdyby coś się działo, tkwili w tym bagnie wspólnie i wspólnie zapewne by coś wymyślili. 


Ciekawe czy komuś przyszło na myśl, że skoro ci z Odrodzenia są tak potężni, a Tami "wyjątkowa" to zapewne ich mimo wszystko zabije. Ręka do góry proszę! Nie będę się nikomu dziwić, jeśli to przyszło przez myśl. ;)

1. No to co myślicie o tym rozdziale? O mordercach przed szkołą i umowie z rządem?
2. Jakieś opinie na temat ludzi z Odrodzenia?
3. Jaka według was jest relacja między Tami a Chrisem?
4. Możecie dodać coś od siebie.

Zrobiłam mały quiz jakby ktoś chciał się pobawić i sprawdzić swoją wiedzę o Lotosie. ;) http://tami.funnet.pl Pytania są (według mnie) banalnie proste. To tak dla zabawy.
Zachęcam również do odpowiedzenia na moje pytania w tym poście oraz przeczytanie krótkiego one shota.

Zapraszam również na mojego fanpage'a, aby być na bieżąco KLIK :)