sobota, 20 maja 2017

Rozdział 7.1 Zabawa

– No dobra, wstajemy – powiedział Barid, gdy dziewczyna odzyskała już siły. Pomógł jej stanąć na własnych nogach, po czym odstawił na bok miskę z wodą. – Spróbujemy jeszcze raz. Tym razem postaram się nie kichnąć.
Tamara ponownie skupiła się na swojej energii. Tym razem mogła znaleźć ją nieco szybciej, gdy już wiedziała, gdzie i jak ma sięgnąć po nią. Przyjemne ciepło pochodzące z serca, płynące przez żyły by ostatecznie wydostać się z dłoni. Iskry zaczęły zamieniać się w delikatny i bardzo słaby ogień sięgający zaledwie trzy centymetry wysokości. Ta chwila nie trwała długo. Tamara szybko poczuła odpływające siły i musiała poprzestać, choć czuła frustrację. Westchnęła ciężko nieco zirytowana.
– Spokojnie. To kwestia praktyki. Organizm musi się przyzwyczaić do mocy smoka. Musisz zwyczajnie stopniowo zwiększać dawkę, by nie wyrządzić sobie krzywdy – odezwał się Hindus, widząc minę dziewczyny.
Wiedziała już o tym, ale takie postępy nie dawały jej żadnej satysfakcji. Na takim etapie skończyła rozwój umiejętności magicznej przed porwaniem. W tym czasie straciła tak wiele dni, w których mogła się uczyć, a teraz prawdopodobnie by była na takim samym poziomie, jak Chris na początku nauki z Baridem.
Minuty przeradzały się w godziny, zmęczenie goniło zmęczenie i coraz bardziej zwalało Tamarę z nóg, ale ona nie potrafiła się poddać. I choć Barid prosić, wręcz nawet rozkazywał przerwanie ćwiczeń, ta ciągle próbowała. Nie miała zamiaru odpuścić tak łatwo. Kłamała, że dobrze się czuje, aby tylko osiągnąć jak najwięcej. Już pod wieczór była wyczerpana, ale jakże rozpierała ją duma, gdy w końcu udało jej się wejść na odrobinę wyższy poziom. Potrafiła wytworzyć silniejszy ogień, który by sięgał w największym szczęściu, najwięcej około trzydziestu centymetrów. Gdyby mogła, to by skakała z radości, ale po takim ciężkim dniu ledwo dała radę wsiąść do samochodu, by Sandra odwiozła ją do domu.
Poczuła się choć odrobinę szczęśliwa. Duma rozpierała ją od środka, zwłaszcza po tym, jak usłyszała pochwałę od Barida. Nie tylko za postępy, ale również za upór, chociaż upomniał ją, by nie przesadzała, bo może to się źle dla niej skończyć.
Ledwo Sandra wyjechała z rezydencji Posiadaczy, a Tamara całkowicie odpłynęła w krainę snów.

Następne dwa dni pełne treningu przyniosły kolejne efekty. Kolejne centymetry zasięgu ognia, jakie Tamara potrafiła z siebie wydobyć dodawały jej znacznej motywacji do jeszcze cięższej pracy. Nawet nie przejmowała się zbytnio, że była zawieszona w prawach ucznia. Dzięki temu całkowicie mogła poświęcić się ćwiczeniom. Jednak szczęście wolności nie trwało zbyt długo. Ledwo Tamara przekroczyła próg kuchni, gotowa na kolejny dzień ciężkiej pracy, a Sandra wybiła ją z lepszego nastroju. Ciągle dziwiła się, jakim cudem ta kobieta ma tyle znajomości i wysoki status, że może zdziałać tak wiele. Wydawało się, jakby mogła sprawić, aby wszyscy jedli jej z ręki.
Już w deszczowy poniedziałek, Tamara niechętnie przygotowała się do szkoły. Ze złością założyła mundurek, a i ten zły nastrój rzutował na jej chęć mocniejszego makijażu, aby nieco bardziej podkreślić swoje oczy. Nabuzowana nieprzyjemną oraz odpychającą energią, udała się do znienawidzonego budynku. Po akcji na stołówce wszyscy już ją znali. Jedni patrzyli, jak na dziwoląga, inni z lekkim strachem, a jeszcze inni poszeptywali cicho podśmiechując. Tamara próbowała się tym nie przejmować, choć poniekąd czuła małą satysfakcję, do której nie chciała się przyznać przed samą sobą.
– Kogo my tu mamy?! – zawołał Dave, podchodząc do Tamary z zadowoleniem. Dziewczyna tylko westchnęła cicho, nie mając najmniejszej ochoty na takie towarzystwo. Zwłaszcza, gdy chłopak objął ją ramieniem, na co Tamara od razu się odsunęła i spojrzała na niego z odrazą.
– Zostaw mnie – warknęła cicho, chowając do szafki podręczniki.
– Oj, coś nam humorek nie dopisuje. I jak, fajnie było się trochę poobijać? Też bym tak chciał, a nie… sprzątać tą budę. Co ja jestem? Od czego są sprzątaczki? Jeszcze babunia tak na mnie nawrzeszczała i dała mi szlaban… jak to powiedziała? A! Na „wszelkie urządzenia elektroniczne”.
– Niezbyt mnie to interesuje – odparła z rozmachem zamykając szafkę, by zaraz ruszyć w stronę klasy, gdzie miała mieć pierwszą lekcję. Dave nie odpuścił tak łatwo, podążając za dziewczyną.
– Myślałem, że siedzimy w tym razem, skoro oboje trafiliśmy do dyrka. No i stanęłaś po mojej stronie.
– Jakiej stronie? – zapytała ze złością, zerkając na kolegę. – Wcale nie postawiłam się Andy’iemu ze względu na ciebie, tylko na Chrisa. On jest moim przyjacielem.
– Auć. Myślałem, że też jestem twoim przyjacielem.
Zatrzymała się, stając przed chłopakiem.
– Więc ci coś wyjaśnię. Nie, nie jesteśmy przyjaciółmi tylko dlatego, że razem siedzimy na stołówce, czy mamy wspólnych znajomych. Szczerze mówiąc, nie lubię cię, bo jesteś dupkiem. Wkurzasz mnie niesamowicie i chętnie bym ci przywaliła. Jesteś zakochanym w sobie dzieciakiem, który nie ma do nikogo szacunku i ma na wszystko wywalone. I trzymaj się ode mnie z daleka, jasne?! – wyrzuciła z siebie jednym tchem, wlepiając swój morderczy wzrok w Dave’a, który z początku był zdziwiony, ale za chwilę wzruszył tylko ramionami. Tak jak przypuszczała, nic sobie z tego nie robił, nic do niego nie docierało, a Tamarze już ręce opadały.
– Ile w tobie złości – rzekł, poklepując dziewczynę po głowie, ale ta zaraz ją strząsnęła. – Hormony buzują, co? Wiesz, ja rozumiem, że mogłaś być wkurzona za te zawieszenie, ale serio… nie musisz się na mnie wyżywać. Ulżyło chociaż?
Tamara wydała z siebie dźwięk, podobny do warczącego psa, po czy odwróciła się i pośpiesznie oddaliła się od Dave’a. Nie mogła już dłużej znieść tego chłopaka. Jego brak granic i umiejętności normalnego zachowania się, działały na nią, jak płachta na byka.
– Na razie, mała! – usłyszała za sobą, ale nawet się nie odwróciła. W tym momencie zadała sobie pytanie, dlaczego Chris, dobrze wychowany chłopak, ambitny i kulturalny, przyjaźni się z takim imbecylem.  Czy jest w ogóle jakaś osoba, która rzeczywiście może znieść kogoś takiego i naprawdę potrafi polubić taką osobowość? Może rzeczywiście chłopakowi przydałaby się męska ręka przy jego wychowywaniu, a nie tylko pieniądze i pobłażliwa babcia, która coraz bardziej nie potrafiła sobie poradzić z wnuczkiem. Prawdopodobnie to było przyczyną zepsucia Dave’a, który nie miał dobrego wzorca w domu.
Pierwsze lekcje do czasu lunchu były dość stresujące dla Tamary. Główne czuła jakąś dziwną presję otoczenia, aby zachowywać się normalnie, choć jak zawsze była sobą. A przynajmniej, tak jej się wydawało. Szepty uczniów oraz ich spojrzenia razem z nauczycielami były lekko przytłaczające. Jakby Tamara była pod obserwacją i każdy tylko czekał na kolejny wybuch agresji. Z początku to ją niezmiernie irytowało, ale po lunchu za radą Chrisa, postanowiła to ignorować, a czasem nawet zaczęła lubić to. Przynajmniej niektóre osoby mogła postraszyć samym spojrzeniem. Nawet podczas zajęć tanecznych, reszta koleżanek z grupy próbowały ją omijać i stać, jak najdalej. Tamara w duchu śmiała się, że może mają pietra, przed zarażeniem się wścieklizną od niej.
Gdy zajęcia się skończyła, Tamara specjalnie ociągała się, aby tylko wyjść ostatnia. W końcu o tej porze większość zajęć dodatkowych się kończyła, a nie chciała iść razem z większością uczniów, którzy uważali ją za świruskę. Lepiej było uniknąć już takiego zdarzenia i na spokojnie przemierzać puste korytarze szkoły, nie martwiąc się ani nie widząc tych krzywych spojrzeń. Cieszyła się również, że ani Chris ani Vanessa nie zmienili do niej nastawienia i wciąż traktowali tak samo. Żadnych kazań z ich strony, chociaż najbardziej spodziewała się jakiejś przemowy do przyjaciela, ale ten jakby zapomniał o całej sprawie. Vanessa zachowywała się podobnie.
Tamara podeszła do swojej przyjaciółki, która czekała na nią przy oknie, niedaleko wyjścia ze szkoły.
– W końcu – odezwała się szatynka, zakładają swoją torbę na ramię, gdy Tamara była już na tyle blisko, aby Vanessa nie musiała krzyczeć. – Myślałam, że już sobie poszłaś. Jeszcze trochę, a miałam do ciebie dzwonić.
– Wolałam poczekać, aż wszyscy sobie pójdą – wyjaśniła, podchodząc do dziewczyny. Odruchowo wyjrzała przez okno na szkolny dziedziniec i coś przykuło jej uwagę. A raczej ktoś. Trójka mężczyzn stojących tuż za bramą, patrzący prosto na Tamarę. Jednego z nich bez problemu rozpoznała. Spora masa mięśni, surowy wyraz twarzy oraz szrama na policzku. Przez chwilę zawirowało jej w głowie, a nogi zadrżały, jakby zaraz miały odpłynąć od nich wszelkie siły. Serce zaczęło bić mocniej i szybciej, a powietrze stało się jakby cięższe. Tamara cała zbladła i powoli cofnęła się, nie wiedząc zupełnie, co robić. Choć wcześniej tak bardzo chciała odpłacić się tym mordercom, to teraz czuła, że nie dałaby rady tego zrobić.
– A tobie co? – zapytała Vanessa i powędrowała wzrokiem tam, gdzie patrzyła jej przyjaciółka, ale za chwilę z powrotem spojrzała na Tamarę. – Tami… dobrze się czujesz?
– To oni – wyszeptała z przerażeniem, wciąż cofając się, jak najdalej od okna, aż plecami dotknęła chłodnej ściany. Na chwilę wstrzymała oddech, a jej oczy ukazywały ogromne przerażenie. Nogi zaczęły lekko drżeć, sparaliżowane i już nie zdolne do ewentualnej ucieczki. – To oni! – krzyknęła, a paniczny strach zalał całe jej ciało. Serce zaczęło łomotać i o mało nie wyskoczyło jej z piersi.
– Kto? – Spokojny głos Vanessy wcale nie pomagał Tamarze. Wręcz przeciwnie. Zaczął drażnić jeszcze bardziej, bo nie mogła zrozumieć, że w takiej sytuacji dziewczyna może być opanowana. Co chwila wyglądała przez okno, a później przyglądała się uważnie Tamarze, nie wiedząc, co się dzieje.
– Oni. Ci mordercy – odparła już ze zniecierpliwieniem. Co miała robić? Uciekać? Dzwonić na policję? Do Sandry? Po Chrisa? Najchętniej schowałaby się gdzieś w bezpieczne miejsce, ale nogi odmawiały posłuszeństwa. Myślała, że jeśli kiedykolwiek ich spotka będzie miała ochotę ich zabić, jednak nie potrafiła nawet się ruszyć. Choć stali tak daleko od niej czuła, że patrzą prosto na nią, czekając aż wyjdzie i będą mogli dokończyć to, czego nie udało im się za pierwszym razem. Z trudem zaczęła łapać powietrze, a twarz jeszcze bardziej zbladła.
– Mordercy? Tami, o czym ty mówisz?! Gdzie oni są?! Trzeba dzwonić na policję – powiedziała z lekką paniką w głosie, rozglądając się, ale nie potrafiła niczego niepokojącego dostrzec. Sama się wystraszyła, chociaż nie miała dowodów. Tamara spojrzała na Vanessę, mając coraz bardziej dość tego, że dziewczyna nie widzi czegoś, co ma przed nosem.
– Jak to gdzie?! Stoją przy bramie! Nie widzisz?! – krzyknęła, tracąc już nad sobą kontrolę. Nie mogła oderwać wzroku od wciąż stojących mężczyzn. Zaczęła bać się, że przez nią i Vanessa może zostać zabita. Drżącymi dłońmi wyciągnęła telefon. Z trudem mogła odnaleźć numer Sandry, by zadzwonić do niej.
– Tami, nikogo tam nie ma… – szatynka zerknęła na przyjaciółkę, sprawdzając czy ta nie postradała przypadkiem zmysłów.
– Jak nikogo nie ma, jak ja widzę ich wyraźnie?! – warknęła.– Przecież stoją tam – zniecierpliwiona wskazała na bramę. Vanessa ponownie spojrzała w tamtą stronę, ale zaraz zerknęła na Tamarę całkiem zbita z tropu. Przecież nie oszalała. Nie aż tak do końca. Jeszcze nigdy w życiu nie miała żadnych halucynacji.
– Może… coś ci się przewidziało? – zapytała niepewnie, nie chcąc zbytnio urazić przyjaciółki. Tamara miała dość. Jak można było robić z niej taką wariatkę?
– Nic mi się nie przewidziało! Przecież oni cały czas tam są! Stoją i patrzą na mnie! – krzyknęła zdenerwowana, bo zamiast otrzymać pomocy, to musiała jeszcze przekonywać, że niczego sobie nie zmyślała. Miała coś jeszcze dodać, ale zapomniała zirytowana słysząc głos automatycznej sekretarki. Jak zwykle, kiedy Sandra była potrzebna, to nawet telefonu nie mogła odebrać. – Chodźmy stąd! – rzekła z podniesionym głosem, biorąc przyjaciółkę za ramię i pociągnęła, prowadząc ją pustym korytarzem.
– Tami… – westchnęła Vanessa, ale już więcej nie powiedziała.
Najważniejsze było, aby jak najszybciej oddalić się od niebezpieczeństwa. Tamara nie miała pojęcia, co robić. Mogła się słuchać jedynie swojego instynktu, który obecnie podpowiadał jej, aby wyjść z zupełnie innej strony szkoły. Jakby to mogło ustrzec ją przed spotkaniem oprawców, zmylić ich i być bezpiecznym. Jednak najbardziej bała się, że naraża też swoją przyjaciółkę, ale w tym momencie próbowała się tym nie przejmować. W końcu odciągała ją od kłopotów, które niby nie były winą Tamary. Trzęsła się, strach pobudził adrenalinę, co nieco przysłoniło jej zdrowy rozsądek.
Przemierzyły kilka korytarzy, co chwila wyglądając przez okno, aż w końcu dotarły do wyjścia przy hali sportowej. Tamara rozejrzała się dookoła, cała w napięciu czekając aż ktoś zjawi się i znów będzie chciał ją porwać, ale nic takiego się nie wydarzyło. Mordercy nie czekali na nią w tej części dziedzińca szkolnego. To jednak dla niej nic nie znaczyło, bo mogli być wszędzie. Serce wciąż łomotało jej w piersi, jakby zaraz miało zatrzymać się na zawsze z całego strachu, jaki opanował dziewczynę.
– Możesz już przestać mnie ciągnąć? – odezwała się Vanessa, gdy Tamara o mało nie zaczęła biec, aby tylko jak najszybciej opuścić teren szkolny.
– A co jeśli nas złapią? Oni mogą być blisko – odparła drżącym głosem, rozglądając się, co chwila, aż szyja ją zabolała. Na szczęście nie było żadnej żywej duszy w polu jej widzenia, co poniekąd uspokajało dziewczynę.
– Mówiłam ci, że nikogo nie było. Tami, popadasz w paranoję! – Wyrwała się z uścisku przyjaciółki i przystanęła lekko zdyszana, patrząc z wyrzutem w oczach. Tamara nie rozumiała tego, przecież były w niebezpieczeństwie. Ba! Wciąż mogą być! Ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to ją chcą mordercy, a Vanessa powinna być wolna. – W tym momencie mnie przerażasz. Mogę zadzwonić po taksówkę, by odwiózł nas do domu, jeżeli tak bardzo się boisz. Ja rozumiem, że masz traumę, ale nie możesz żyć ciągle w strachu. Może powinnaś pójść do psychologa? – zapytała marszcząc lekko czoło ze zmartwienia.
Tamara nie wiedziała, jak to skomentować. W pewnym sensie poczuła się urażona, jakby i jej przyjaciółka zaczynała uważać ją za wariatkę, która powinna się leczyć. Jednak może z drugiej strony miała rację? W końcu kiedyś chodziła na terapie. Co jeśli powinna do tego wrócić?
– Jak chcesz mogę odprowadzić cię do domu.
– Nie, dzięki. Wrócę sama – powiedziała, czując jak jej duma została nadszarpnięta, więc już wolała nie targać za sobą Vanessy. Może i był to głupi pomysł, ale wolała ryzykować niż znowu słyszeć, że wariuje. Odwróciła się, rozejrzała i ruszyła przed siebie. – Widzimy się jutro – dodała, bardziej od niechcenia. Wyciągnęła klucze z torby, wsunęła jeden z nich między palec środkowy a wskazujący, trzymając go kurczowo, jakby to była ostatnia deska ratunku. Nawet nie brała pod uwagę swoich nadprzyrodzonych zdolności, bo nie sądziła, aby w takim strachu oraz stresie była zdolna do wytworzenia ognia. Nie miałaby czasu, aby się odpowiednio skupić, chociaż szło jej coraz lepiej na treningach z Baridem.
Zignorowała głośne i ciężkie westchnięcie Vanessy, które były oznaką jej zirytowania. Była zła na przyjaciółkę, ale cóż mogła na to poradzić? Nie zawsze mogła na nią liczyć, bo nie przeszła tego, co ona. Jak można zrozumieć cierpienie, jeśli miało się go w swoim życiu tak mało?
Gdy tylko przekroczyła próg domu, usłyszała włączony telewizor w salonie, odetchnęła z ulgą. Dotarła cała i zdrowa do swojego schronienia, chociaż wciąż roztrzęsiona nie mogła zapanować nad emocjami. Wbiegła po schodach, zamknęła się w pokoju od razu rzucają torbę oraz klucze na łóżko, na którym po chwili usiadła. Nogi drżały zarówno jak i ręce. Miała wrażenie, że zaraz wypluje płuca, bo przez całą drogę biegła, najszybciej jak mogła. Zgrzana, spocona i przerażona, jednak wciąż w jednym kawałku. Bez żadnej rany.
Czy miała szczęście, czy może mordercy jednak chcieli ją tylko nastraszyć? Przez chwilę przeszło jej przez myśl, że może w jakiś sposób ją śledzili i sama sprowadziła ich tu, do domu. Zaczęła się bać, że w nocy lub też w najbliższym czasie dojdzie do tego samego wydarzenia, które miało miejsce dwa lata temu.
Cała w nerwach, wyciągnęła komórkę. Znów próbowała skontaktować się z Sandrą, ale ta nie raczyła odebrać. Wysłała do niej SMS-a, aby w ogóle wiedziała, co się stało, gdy tylko będzie miała chwilę na odczytanie wiadomości. Zaraz potem zadzwoniła do Chrisa. Opowiedziała przyjacielowi całą zaistniałą sytuację, a gdy skończyła załamał się jej głos i łzy same spłynęły po policzkach. Nienawidziła takiej swojej reakcji. Nie potrafiła powstrzymać i opanować się w takich momentach. To było silniejsze, choć za wszelką cenę próbowała z tym walczyć. Uważała, że była żałosna, gdy z byle powodu potrafiła się rozryczeć, jak małe dziecko. Wiedziała, że musi w końcu dorosnąć. Wziąć się w garść i stać się twardą niczym skała dziewczyną, a zarazem potężną Posiadaczką Hóng Lónga.

Nie spała całą noc, choć zmęczenie usilnie dawało o sobie znać. Każdy najmniejszy dźwięk przyprawiał ją o szybsze bicie serca i odruchowe sięganie po nóż schowany pod poduszką. Gdy zadzwonił budzik, machinalnie wyłączyła go, ale nie była w stanie nawet wstać z łóżka. Myśl o tym, że ponownie może przeżyć spotkanie z mordercami przyprawiało o mdłości oraz niepohamowaną panikę, której za nic wciąż nie mogła się pozbyć. Leżała przykryta pod kołdrą, czekając tylko, kiedy Elizabeth zrobi jej kazanie. Choćby się waliło i paliło, Tamara musiała chodzić do szkoły, jakby od tego zależało jej życie. Jedynie w bardzo skrajnych przypadkach przybrana matka była pobłażliwa, ale dziewczyna i tak w podświadomości czuła presję.
Błogą ciszę przerwał dzwonek komórki. Spojrzała na wyświetlacz i odebrała zdziwiona, a zarazem zirytowana, że dopiero po takim czasie się odzywa.
– Mogłabym już być martwa – mruknęła na powitanie, mimo iż wiedziała, że to wkurzy kobietę.
– Ale nie jesteś – odparła chłodno Sandra, trzaskając drzwiami od samochodu, a po chwili było słychać dźwięk włączonego alarmu. – Sprawdzę dzisiaj, czy oni rzeczywiście byli u ciebie wczoraj. Powiadomiłam już Barida. Przyjedziemy do ciebie po południu. Na razie muszę lecieć. Mam też inne sprawy do załatwienia. A! I niech twój blondas przyjdzie. Oboje będziecie mi na chwilę potrzebni. Nara.
– Na razie – odparła, choć już nie zdążyła, słysząc krótki sygnał rozłączonej rozmowy. Podniosła się do siadu i wpatrywała pustym wzrokiem przed siebie.
Jesteś idiotką. Weź się w garść. Chcesz do końca życia ukrywać się pod kołdrą i drżeć ze strachu, jak bachor? Wielki z ciebie Posiadacz. Nie zasługujesz na to miano. Nic nie robisz. Tchórzysz zamiast stawiać czoła. Liczysz, że ktoś cię z tego wyciągnie? Będzie ratował, jak jakąś księżniczkę? Nikt nie ruszy dupy, by cię chronić. Sama musisz o to zadbać. Umiesz liczyć, licz na siebie. Jesteś żałosna… Zrób coś ze sobą, a nie ciągle marudzisz i się użalasz, jak ci źle. Jak sama nic nie zrobisz, to nikt nie niczego za ciebie nie zrobi. Sama jesteś odpowiedzialna za swoje życie i to, jaką drogą pójdziesz. Dorośnij w końcu. Dostałaś okazję, by móc być jak każdy inny człowiek, a nawet więcej, a ty zachowujesz się, jak trzęsiportek. Tak nie powinno być. Musisz zacząć działać! Dawać z siebie więcej niż to możliwe. Musisz nauczyć się mierzyć z własnymi problemami. Dziewczyno, masz w sobie moc! Wykorzystaj ją!
Dobijanie samej siebie w myślach, a zarazem próbowanie zmotywować się do pracy, jakoś niezbyt dobrze jej szło. Przynajmniej była świadoma swoich wad i tego, nad czym musi popracować. Musiała się zmienić. I to jak najprędzej, by nie obarczać wszystkich dookoła swoimi kłopotami. Mówiła sobie, że to ona powinna zadbać o bezpieczeństwo, skoro dostała tytuł Posiadacza. Była kimś więcej niż szarym człowiekiem. Mogła więcej, a póki co drżała ze strachu przed najmniejszym zagrożeniem. Czy tym powinien cechować się wojownik? Następca Hóng Lónga? Wątpiła w to. Zapewne cechował się niezwykłą odwagą, siłą, mądrością i spokojem. Chociaż, co do tego ostatniego nie mogła być pewna. Musiała być taka albo podobna. Tak. To był jej cel. Musi przestać się mazać, jak dzieciak i stać się bezuczuciową wojowniczką. By dać radę ze wszystkim. Sama. By móc w każdej chwili komuś skopać dupę i pokazać, że nie da sobie już zrobić krzywdę. Tylko jak pozbyć się tego strachu? Na samą myśl o wyjściu i spotkaniu swoich oprawców, drżała i paraliżował ją lęk. Co mogła z tym zrobić? Wiedziała, że niemożliwym jest zmienić się od tak, z dnia na dzień.
W tym momencie przypomniała sobie słowa pana Lee: „Każdy krok zostawia ślad; pracuj wytrwale, a osiągniesz postępy”. Zapewne było to jedno z chińskich powiedzeń, jakimi czasem sypał Azjata. Jednak w nich była prawda. Wiedziała, że miał rację. Jak zawsze z resztą. Może warto podążać tą ścieżką? Może nie zrobi wielkich postępów na samym początku, ale jak powiedział Chris, każdy uczy się w swoim czasie. Jednemu zajmuje to dłużej, innemu szybciej. Z całą pewnością to był dobry sposób.
Najważniejsze to się nie poddawać. Nie mogę się poddać. Dam radę. Muszę. Muszę być silna. Alex też przeżył koszmar, a teraz jest potężny… jeśli on dał radę, to ja też.
Czuła to, czuła motywację do działania. I choć strach wciąż gdzieś tam się tlił w jej sercu, to powoli ustępował, a na jego miejsce przychodziła wola walki. Zmierzenia się ze wszystkimi problemami. Z próbą zmian, jakich powinna dokonać w samej sobie. W tej chwili miała ogromną nadzieję, że jej się uda. Na pewno. Tylko musi pracować nad tym. W końcu osiągnie to, czego tak bardzo pragnie.
Chwilę rozmyślań przerwało krótkie pukanie do drzwi, które po chwili się otworzyły. Elizabeth zajrzała do pokoju, a na jej twarzy od razu pojawiła się mina niezadowolenia, gdy zobaczyła swoją córkę jeszcze w łóżku. Natychmiast kazała Tamarze się zbierać, bo spóźni się do  szkoły, mimo próśb dziewczyny. Niechętnie zwlekła się z łóżka i zaczęła szykować na kolejny dzień, który mógł stać pod znakiem zapytania.
Niestety w środy nie miała żadnej lekcji z Chrisem, a przerwa na lunch niewiele dała. Nie mogli swobodnie rozmawiać przy swoich przyjaciołach, dlatego Tamara jedynie wspomniała, by chłopak wpadł do niej po szkole. Była ciekawa czegoż to Sandra chciała od nich obydwu. Przeczuwała, ze będzie to kolejne kazanie. Elizabeth wyciągnęła Nicka z domu pod jakimś pretekstem, aby trójka Posiadaczy oraz jej młodsza siostra modli na spokojnie porozmawiać. Tamara od razu opowiedziała o wczorajszym incydencie, który Sandra zbagatelizowała. Wszystko opierała na swojej wiedzy i argumentach, że to nie mogli być ci prawdziwi. Barid słuchał uważnie i długo się zastanawiał, dumał nad informacjami, aż w końcu się odezwał, choć widać było, że się wahał.
– Muszę jednak przyznać rację Sandrze. Oni nie mogli być prawdziwi, jeśli twoja koleżanka ich nie widziała w tym czasie, co ty – powiedział, powoli wypowiedział każde słowo. Wciąż wpatrywał się w jeden punkt na dywanie, ledwo mrugając. – Nie ma możliwości, aby osoby z innego świata były niezauważone dla innych ludzi. Są tak samo materialistyczne, jak wszystko dookoła. Jestem prawie przekonany, że to sprawka Odrodzenia, chociaż do tej pory nie poznałem żadnego, który by miał moc iluzji. To by znaczyło, że albo jeden nauczył się nowej sztuczki, co wątpliwe, albo… znaleźli kogoś nowego. I tu by był większy problem, bo nowy obiekt zwiększa ryzyko. Nie wiemy z czym byśmy walczyli.
– My i tak nie wiemy z kim walczymy – wtrąciła poirytowana Tamara, chociaż starała się, aby ton jej głosu wyszedł na w miarę uprzejmy.
– Na razie wam będą przeszkadzać ludzie ze Stowarzyszenia, którzy chcą was albo pozyskać albo zabić, byście im nie bruździli. Przez wiele lat składali nam, Posiadaczom starej dary, różne oferty. Niektóre nawet bardzo kuszące, ale Odrodzenie robiło takie rzeczy, że tylko osoba przepełniona ciemnością by do nich dołączyła. Im nie można ufać, choćby nie wiem, jakie piękne bajki opowiadali. Chociaż najgłówniejszym wysłannikiem był Alex, ale swego czasu miałem okazję poznać trochę więcej tych potworów. W swojej prawie czterdziestoletniej karierze zdołaliśmy jedynie zabić trzech. Trzech z niewiadomo ilu tak naprawdę. Są tak potężni, że ciężko porównać z nami, posiadaczami smoków. Najważniejsze by nie dać się zabić.
– Skoro są tak silni to bez problemu by was zabili. To znaczy… nas też – rzekła Tamara, znacznie zaniepokojona tym wyznaniem. Hindus miał wiele lat doświadczenia i był z całą pewnością potężny, a skoro tylko tylu zabili z trudem, to jak wielką potęga władali ludzie z Odrodzenia? Nie mogła sobie nawet tego wyobrazić, a to przyprawiało ją o ciarki na plecach i budziło ogromny niepokój.
– Są dwa powody. Jeden jest taki, że wciąż liczą na pakt z Posiadaczami. Doceniają nasze moce, które zapewne by potrafili wspaniale rozwinąć na jeszcze większy poziom niż ja osiągnąłem do tej pory. Mają jakieś swoje sposoby na pobudzenie umiejętności smoków. Drugi jest taki, że nas ciężko zabić. Wiele razy byliśmy u kresu śmierci, a mimo to przeżyliśmy wiele tragedii. Nawet tych, z których zwykły człowiek by nie był w stanie wyjść. Nie znaczy, że jesteśmy nieśmiertelni, bo jesteśmy, jednakże nie mogę powiedzieć, co konkretnie może nas zabić. Tak jakby każdy z nas miał własne słabe punkty.
– Więc chcą nas zabić, ale… nie mogą? – zapytał Chris nie bardzo będąc przekonany. Dla niego to była znacznie za dziwna sytuacja. Dla niego jedno wykluczało drugie i ani trochę nie było logiczne. – Więc jak zmarli poprzedni Posiadacze? Bo nie żyją, prawda?
– Prawda. Trevor zginął w katastrofie lotniczej, kilka dni po tym, jak smok opuścił jego zniszczone ciało, które nie było zdolne do walk. Niestety najwięcej popełniał prostych błędów, używając swoich umiejętności. Często lubił popisywać się w walkach i wyciągał więcej mocy niż mógł znieść to jego organizm. Nie był skory do treningów, dlatego tak szybko skończył. James – Posiadacz Powietrza zaginął… – zatrzymał się, gdy Sandra odchrząknęła znacząco – …rok później. Do tej pory nie znaleźliśmy jego ciała ani nie wiemy, co się z nim stało. Po prostu przepadł, jak kamień w wodę – dokończył, chociaż Tamara i Chris wyczuli to dziwne zachowanie. Mieli już przerwać i dopytać, ale Barid kontynuował: - Henry zginął wraz z Isildą w walce z jednym z Odrodzenia. To wtedy im dwóm udało się zabić tego trzeciego. Za cenę własnego życia, niestety – westchnął cicho, a jego wzrok na parę długich sekund był nieobecny, jakby przypomniał sobie tamto wydarzenie.
– Są aż tak silni? – spytała Tamara, lekko krzywiąc się na samą myśl o kolejnym spotkaniu z Alexem. Teraz czuła, że stąpa po cienkim lodzie, skoro nawet Barid, doświadczony i znacznie silniejszy Posiadacz był słabszy od niego.
– O tak. Bardzo potężni. Tacy ludzie sięgają po każdą opcję, aby tylko się wzmocnić.
– Ilu ich jest tak naprawdę? Jacy są? Mają jakieś konkretne umiejętności?
– Ilu ich jest, tego nie wiem. Ich liczba może się cały czas zmieniać, ale spokojnie – uśmiechnął się delikatnie – nie stworzą żadnej armii, jeśli chodzi o liczebność. Gorzej z ich mocami. Są niewyobrażalnie silni. Na przestrzeni lat zdążyli tak się wzmocnić i zgłębić tajniki magii, że nigdy nie możesz być pewna, co umieją. Sam Alex, gdy go pierwszy raz spotkałem emanował ogromną samą energią Qi! Powietrze było wręcz przesiąknięte jego mocami, a ja to bez problemu potrafiłem wyczuć. Wydaje mi się, że wtedy jeszcze nie umiał tego kontrolować. Z biegiem lat było coraz lepiej.
– To kiedy go poznałeś? – wtrącił Chris, uważnie słuchając, chociaż jego twarz nie wykazywała żadnych oznak zainteresowania. W przeciwieństwie do Tamary.
– Prawie na samym początku przebudzenia mojego smoka. Wtedy jeszcze mieszkałem w Indiach. Skurczybyk nic się nie zmienił, a ma więcej lat ode mnie.
– Więcej? – zdziwiła się Tamara. To zdecydowanie jej nie pasowało. Alex przecież wyglądał na dwudziestoparolatka. Jakim cudem mógł być starszy od samego Barida?
– Pewnie, że tak. Ale myślę, że to zasługa Katsumi. Umie kontrolować nie tylko wygląd ale również zatrzymać komórki przed starzeniem się nie tylko swoje, ale i innych. Z całą pewnością jej moce podtrzymują większość z Odrodzenia, co pozwala im żyć znacznie dłużej. Tak więc mają czas na ulepszanie swoich umiejętności. Spotkałem ją chyba góra ze trzy razy. Potem się już nigdzie nie pojawiała. Pewnie stwierdzili, że jest zbyt ważna, by ryzykować konfrontacje z Posiadaczami.  MadLocka też znałem. Kawał skurczybyka. Wyciągnęli go z więzienia w Meksyku. Jego pierwszego wykończyliśmy, po wielu latach starań. Był strasznie narwany, szybko się wkurzał i tracił panowanie nad sobą. Mieliśmy wiele szczęścia, bo w piątkę napadliśmy na niego, gdy mieliśmy ku temu okazję. Nikt chyba specjalnie nie lubił go w Odrodzeniu, bo jakoś żaden nie kwapił się by mu pomóc. Musiał sobie nieźle przeskrobać albo nie stosować się do ich zasad. W każdym razie jednego mordercę mniej.
– Tak, a potem zabiliście jeszcze dwóch. Ciekawa opowieść, ale możemy przejść do formalności? Trochę mi się śpieszy – odezwała się w końcu zniecierpliwiona Sandra, która wyciągnęła z teczki dwa egzemplarze pliku kartek połączone zszywką, po czym wręczyła je młodym Posiadaczom. – Przeczytajcie i podpiszcie. Później możecie sobie opowiadać historyjki na dobranoc.
– Co to jest? – zapytał Chris, pobieżnie czytając, a z każdą kolejną stroną nie podobały mu się zasady, których musiał zacząć przestrzegać. – Wiedzą o nas? – zerknął na blondynę, trwając w konsternacji.
– Niestety już wiedzą. Wiecznie byście się nie ukrywali – odparła chłodno, poprawiając swojego koka, z którego wyszło parę blond kosmyków.
– Rząd zawsze chce mieć nad wszystkim kontrolę. Cieszcie się, że nie chcą was nigdzie zamknąć – wtrącił Barid, który rozumiał postawę młodych Posiadaczy. – Na razie podlegacie pod moją i Sandry opieką, jesteśmy za was odpowiedzialni, więc lepiej byście nie złamali żadnej zasady. Na razie nam ufają, ale szybko mogą zmienić nastawienie i sporządzić rozkaz zamknięcia bądź zabicia was. Według nich jesteście niebezpieczni.
– Cóż za wspaniałomyślność od rządu. Mamy być pod ich władzą, a w razie sprzeciwu zostaniemy ukarani? Zakaz używania mocy poza treningami, w sytuacjach zagrażających życiu lub za pozwoleniem od rządu w sytuacjach kryzysowych? – zapytała Tamara nieco poirytowana. Tak jak Chris, nie mogła uwierzyć, że nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych będzie ich kontrolował tylko dlatego, że są Posiadaczami. Ludzie, którzy mają władze będą im rozkazywać, kiedy mogą używać własnych mocy, a najmniejszy przejaw sprzeciwu natychmiastowo likwidowany.
– Nie wyściubiajcie nosa, a będzie dobrze. To nie moja sprawka. Równie dobrze mogli przyjechać do was faceci w czerni, zabrać was do agencji wszystkich jednostek czy do samego wojska, zamknąć was czy wykorzystać jako tajna broń w razie potrzeby. Na razie macie i tak swobodę, bo jesteście niepełnoletni i nie umiecie jeszcze aż tak korzystać z mocy. To na razie trzyma rząd w ryzach. Ufają Baridowi…
– …który też jest pod lupą amerykańskiego rządu… – wtrącił Hindus.
– …więc na razie my was pilnujemy.
– Na razie – odparł Chris, choć ton jego wypowiedz bardziej sugerował na pytanie. – A co jak skończymy szkołę? Będziemy musieli przyłączyć się do jakiejś jednostki? Zostać psami rządowymi, odwalać jakieś misje w Afganistanie? Ja się na to nie zgadzam – rzucił plik papierów na szklany stolik, wzburzony postawą ludzi rządzących tym krajem.
– Za nie podpisanie umowy grozi ci odseparowanie od świata, zamknięcie na cztery spusty i całkowite szkolenie przez wojsko. Wtedy dopiero będziesz psem policyjnym. Ale jeśli dobrowolnie się nie zgadzasz, nie ma problemu. Możesz i zostać marionetką w rękach rządu – prychnęła Sandra, patrząc kpiąco na chłopaka.
– To nie jest dobrowolna zgoda. To jest wymuszenie i szantaż. Prawa człowieka znikają tylko dlatego, że mamy wyjątkowe umiejętności i dla nich jesteśmy niewygodnymi dzieciakami? Mam rację? – Choć chłopak był również lekko podenerwowany, to wciąż wydawał się być niezwykle spokojny. I mimo iż Tamara znała dobrze swojego przyjaciela, to w tym momencie chciała, aby i on ukazał trochę więcej złości. Jego stoicyzm działał jej trochę na nerwy, a zarazem kazał i jej panować nad sobą.
 – Chris, posłuchaj – zaczął Barid. – Wiem jak to wygląda, ale z dwojga złego lepiej takie wyjście. Rozumiem cię, tez nie chciałem niczego podpisywać, do niczego się zobowiązywać, ale to jest jak pakt pokojowy. Lepiej mieć rząd przy sobie niż przeciwko. Macie możliwość do rozwijania umiejętności, macie małe ograniczenia, ale wciąż jesteście wolni. Okrutne, ale tak się zabezpieczają. To jest tylko papierek. Lepiej podpisać i mieć spokój niż mieć agentów na karku, którzy będą śledzić każdy twój krok. Uwierz mi. Wiem, co mówię i wiem, jak to jest.
– Więc moim rodzicom mogę powiedzieć, że jestem Posiadaczem i podpisuję akurat umowę z rządem, tak? Z całą pewnością się ucieszą. Zwłaszcza moja mama – odparł z ironią i zerknął na swoją przyjaciółkę.
– Sprawa z twoimi rodzicami jeszcze nie do końca jest załatwiona, ale spokojnie, pracujemy nad tym – Sandra uśmiechnęła się sztucznie, siadając wygodniej na kanapie i świdrując swoimi jasnymi oczami Chrisa.
– Co to ma znaczyć?
– Teoretycznie zapiszemy cię na dodatkowe prywatne korepetycje z czego tylko chcesz, abyś mógł na spokojnie trenować. W razie jakichkolwiek wyjazdów, będziesz miał wymówkę, a alibi również się znajdzie. Dzięki temu masz też większe szanse na lepszą przyszłość. Współpraca dobrze ci zrobi. W formalnym znaczeniu tego słowa.
– Ulżyło mi – westchnął cicho.
– Ulży ci w przyszłości. To naprawdę nie jest nic złego. Jeśli będziecie grzecznymi szczeniakami nikt nie dobierze się do waszych tyłków. Proste, logiczne i wykonalne. Podpiszcie.
– Ostatnie pytanie – wtrącił Chris, gdy wziął długopis do ręki i już miał zatwierdzić zgodę na warunki, ale zatrzymał się. Sandra przewróciła oczami, nie mając za bardzo już cierpliwości do młodego chłopaka. – Dlaczego ty dajesz nam te papiery? Nie powinno być bardziej oficjalnie?
– Na razie nie jesteście kimś ważnym, a mnie przydzielili do działu „odpowiedzialności za Posiadaczy”. Czy odpowiedź cię zadowoliła? – zapytała, wymuszając lekki uśmiech.
– Jeśli mam być szczery to nie do końca.
– Musisz się przyzwyczaić i zrozumieć, że nie muszę ci mówić o wszystkich działaniach oraz odpowiadać na twoje dociekliwe pytanie, dlaczego jest tak a nie inaczej. Rób, co mówię, a będzie dobrze.
– Nie jestem, co do tego przekonany – mruknął, podpisując po ponownym dokładniejszym przeczytaniu. Tamara postąpiła tak samo, jak jej przyjaciel, choć nie miała wątpliwości w słuszność sprawy, to jednak fakt, że siedziała w tym razem z Chrisem sprawiał, że czuła się bezpieczniej. W razie, gdyby coś się działo, tkwili w tym bagnie wspólnie i wspólnie zapewne by coś wymyślili w razie potrzeby. 


Ciekawe czy komuś przyszło na myśl, że skoro ci z Odrodzenia są tak potężni, a Tami "wyjątkowa" to zapewne ich mimo wszystko zabije. Ręka do góry proszę! Nie będę się nikomu dziwić, jeśli to przyszło przez myśl. ;)

1. No to co myślicie o tym rozdziale? O mordercach przed szkołą i umowie z rządem?
2. Jakieś opinie na temat ludzi z Odrodzenia?
3. Jaka według was jest relacja między Tami a Chrisem?
4. Możecie dodać coś od siebie.

Zrobiłam mały quiz jakby ktoś chciał się pobawić i sprawdzić swoją wiedzę o Lotosie. ;) http://tami.funnet.pl Pytania są (według mnie) banalnie proste. To tak dla zabawy.
Zachęcam również do odpowiedzenia na moje pytania w tym poście oraz przeczytanie krótkiego one shota.

Zapraszam również na mojego fanpage'a, aby być na bieżąco KLIK :)

sobota, 13 maja 2017

3. Szczur - one shot

One shot nie jest w żaden sposób powiązany z przyszłymi rozdziałami Lotosu. To oderwany od fabuły fragment, który nie ma żadnego wpływu na BL. 

Oblizała swoje miękkie wargi, czując słodki smak krwi, po czym uśmiechnęła się. W jej oczach chłopak widział całkowity obłęd oraz istne szaleństwo. Miał wrażenie, jakby patrzył w oczy samego demona, który tylko czeka, aby zadać ostateczny cios, a potem świętować nad jego ciałem w pełni radości. Cofnął się, dopóki nie dotknął plecami chłodnej ściany, co spotęgowały dreszcze na jego ciele. Już wystarczająco mocno nogi trzęsły mu się ze strachu, serce o mało nie wyskoczyło z piersi. Myślał, że lada moment dostanie prędzej zawału niż wytrzyma dłużej, stojąc oko w oko dziewczyną, która rozsiewała w powietrzu swoją aurę śmierci, tak bardzo przerażającą, że z trudem mógł łapać kolejny oddech. Powietrze stawało się gęstsze i wręcz upalne, a byli w opuszczonym budynku starego szpitala psychiatrycznego. Sama świadomość, gdzie się znajdywał go przerażała, ale z tym, co się wydarzyło, gdy tylko wszedł do środka to było nic. Nie myślał, że sam przeżyje taki koszmar, a wszystko przez niepozornie wyglądającą dziewczynę. Jej blond włosy były lekko w nieładzie, drobne ciało, które skrywało w sobie niespodziewanie nadludzkiej siły i te oczy. Tak bardzo hipnotyzujące a zarazem paraliżujące.
– I co? Teraz się boisz? – wyszeptała, a głos przeszył go na wskroś, aż zadrżał. Uśmiechnęła się szerzej, widząc panikę chłopaka. Tak bardzo jej się to podobało, że pragnęła dłużej się nim pobawić. Jakby rany kłute w wielu miejscach jego ciała nie wystarczały, jakby smak krwi nie wystarczał. Chciała więcej. Znacznie więcej. – No co ty… Gdzie się podziała twoja odwaga? Twoje cięte riposty? Twoja arogancja i chamstwo? Gdzie? – Przechyliła lekko głowę na bok, robiąc krok do przodu, że ledwie parę centymetrów dzieliło od siebie ich nosy. Wzajemnie czuli swoje oddechy. Jego znacznie przyśpieszony, nierytmiczny. Jej spokojny.
Drżała mu dolna warga. Otworzył lekko usta, chcąc coś powiedzieć, ale ogromna gula w gardle mu uniemożliwiła.
– Nie doszłoby do tego, gdybyś był grzecznym chłopcem. Ostrzegałam cię, ale mimo to nie posłuchałeś – rzekła, po czym zbliżyła się, aby wyszeptać mu do ucha ostatnie słowa: - Tak kończą ludzie, którzy zaszli mi za skórę. I wcale mi nie przykro.
Podniosłą rękę, w której trzymała miecz, po czym z okrzykami radości zaczęła rozcinać chłopakowi skórę. Z ran zaczęła lać się krew, a jej zapach wzmacniał dobry nastrój dziewczyny. W swoim amoku nie słyszała jego krzyków bólu oraz wołań o litość. Nawet nie chciała ich słuchać. Nic by nie dały, tylko ją wręcz podnieciły. W końcu po dwunastu zadanych cięciach, zakończyła żywot swojej ofiary, wbijając ostrze prosto w gardło chłopaka, obracając miecz, aby narobić więcej krzywdy.
Wpatrywała się w swoje dzieło, zadowolona ze swojej pracy. Nic tak jej nie cieszyło, jak pozbycie się takich okropnych szczurów ze świata, który musiała dzielić z ludźmi. Najgorsi byli ci, co nie przystosowywali się do społeczeństwa i byli jedynie zakałami. Nic nie znaczącymi śmieciami, co tylko potrafili krzywdzić i psuć wszystko. Takimi gardziła najbardziej.
Odetchnęła z ulgą, wyciągając miecz w ciała chłopaka. Powoli skierowała się do wyjścia z tego obskurnego budynku, który mimo wszystko, przyprawiał ją o ciarki na plecach i budził niepokój. Ciężko jej było wyobrazić sobie ludzi uwięzionych w tym niegdyś szpitalu. Poniekąd widziała, jak musieli się czuć, co przechodzili będąc zamkniętym w białych pokojach. Jakie koszmary nachodziły ich każdej nocy. Nie chciała tu przychodzić. Za nic w świecie. Takie miejsca najbardziej ją paraliżowały i odpychały swoją historią, ale pragnienie pozbycia się pewnego „szczura” była znacznie silniejsze.
Wyszła na zewnątrz, czując chłodny powiew wiatru. Akurat chmura przysłoniła pięknie świecący księżyc, który tak bardzo jej się podobał. Poczuła świeże powietrze zmieszane z zapachem krwi oraz jej własnym potem. I chociaż lubiła takie momenty, to teraz zdecydowanie pragnęła zanurzyć się w ciepłej wodzie i po prostu odpoczywać. Noc była znacznie chłodniejsza niż wczoraj.
– Lepiej? – usłyszała czyjś aksamitny głos. Wzrokiem poszukała właściciela, chociaż nie musiała nawet go widzieć, aby znać osobę, która już kolejny raz obserwowała jej poczynania. Alex zmaterializował się kilka metrów od niej, a ciemne obłoki dymu powoli tańczyły wokół niego. Aura tajemniczości oraz drapieżności zawisła w powietrzu. Tamara nie wiedziała czy to ją drażni czy podsyca ego. Za każdym razem czekała na pochwałę, chociaż teoretycznie nie chciała jej od tego rudzielca, ale podświadomość cieszyła się na każde dobre słowo. – Jeszcze trochę i mi może zaimponujesz. Na razie pracuj dalej – uśmiechnął się delikatnie, po czym zniknął w kłębach czarnego dymu.

Tym oto one shotem chciałam was poinformować, iż wróciłam! Rozpakowałam w końcu swój komputer i mogę wrócić do pracy nad opkiem i do blogosfery! Yaaay! 6 tygodni bez kompa to istna tragedia! T.T Zacieram ręce i biorę się do roboty! Ogarnę wszystko, co miałam zrobić i będzie pięknie, cudownie, wspaniale! ^^
Poszłam na żywioł i powstało coś takiego krótkiego. :) Nawet nie wiecie, jak mi brakowało pisania. T.T Mam nadzieję, że u was wszystko w porządku i pracujecie nad swoimi twórczościami, mając mnóstwo weny oraz zapału! A jeśli komuś tego brakuje, to mu tego życzę!
Pozdrawiam was serdecznie żabki i fighting dla nas  - pisarzy-amatorów! ;D

Edit: Nie mam pojęcia dlaczego, ale rozdziały są w dwóch różnych rozmiarach czcionek. Nie wiem, jak to naprawić, bo nic nie działa... ogólnie szablon też zaczyna mi świrować, jak cały blogspot. -.-


PS. Zapraszam do poprzedniego postu i zachęcam do udzielenia odpowiedzi na moje pytania. Będę za nie bardzo wdzięczna. :)


Zapraszam również na mojego facebooka. KLIK :)