sobota, 29 lipca 2017

Rozdział 8 Rozgrywka

Zapraszam na rozmowę ze mną udzieloną katalogowi "Księga Baśni"

„Po usłyszeniu sygnału, proszę zostawić wiadomość.”
Westchnęła ciężko rozłączając się. Nie wiedziała czy ciotka rozmawia czy ma wyłączony telefon, ale w razie czego wysłała wiadomość. Czuła, że tak jest prawidłowo, nawet jeśli potem będzie czekał na nią prawdziwy ochrzan od kobiety. Zabłysnęli głupotą i teraz mają za swoje. Chociaż to Chris najbardziej ucierpiał i jego przedramię. Powinna posłuchać się Sandry i być ostrożna. Nie wyściubiać nosa za drzwi domu.
Nie wiedziała, ile już dokładnie była w poczekalni. Czas wydawał się wydłużać do granic możliwości. Tamarę najbardziej bolały plecy i wolała się nie opierać. Ciężko nawet było jej siedzieć, bo ani będąc wyprostowaną ani zgarbioną nie przynosiło ulgi. Jeszcze to dziwnie, nieprzyjemnie uczucie przez kopnięcie w brzuch sprawiało wrażenie, iż za chwilę zwróci zawartość żołądka. Czuła coraz większe zmęczenie i senność. Powieki zaczynały być ociężałe, a wszelkie odgłosy głównie pielęgniarek były przytłumione, jakby oddzielone gdzieś za grubą szybą. Nie zwracała uwagi na siedzących ludzi z różnymi dolegliwościami, którzy czekali na swoją kolej. Nie interesował ją ich los. Miała ważniejsze sprawy na głowie.
Emocje po walce z Demensem już opadły, choć wciąż odczuwała poczucie winy, złość oraz bezsilność. Wpakowała Chrisa w kłopoty, a on jeszcze uratował ją przed atakiem tego szaleńca. Gdyby nie jej upartość na trening może nic by nie było. Chociaż z drugiej strony… jak sprawa skończyła by się dla Andy’iego? A może by przeżył? Może by tyle nie wycierpiał, gdyby się nie wtrącili? Czy może jednak interwencja Alexa będzie miało pozytywny skutek dla chłopca? Co jeśli on uratował malca przed Demensem i po prostu zabrał go, aby wyleczyć i doprowadzić do porządku? Co się z nim teraz działo?
Nie chciała myśleć o najgorszym. Pragnęła wierzyć, że mały żyje i choć jest wystraszony to jednak dojdzie do siebie i będzie zdrowy. Gorzej, gdy zabrali go na własne potrzeby i wykorzystają go do nie wiadomo czego.
Zastanawiała się, jak mogłaby go uratować wtedy? Czy było jakieś wyjście? Jakie błędy popełniła? Żałowała tylko, że nie mogła wykrzesać z siebie więcej mocy, że nie potrafiła walczyć, co zapewne by znacznie jej pomogło. Demens był silny i gdyby nie Alex, już mogłoby być po nich albo dalej by się zwijali z bólu. W końcu szaleniec chciał się tylko pobawić. Nie był w pełni świadomy tego, co robi. Prawdopodobnie choroba psychiczna nie pozwalała mu na racjonalne myślenie.
Przymknęła na chwilę oczy, próbując ignorować płacz małego dziecka, które zaczynało ją niezwykle irytować i wręcz sprawiać ból dla jej uszu. Nienawidziła tego dźwięku. Był okropny i drażniący. Czy matka nie mogła uciszyć tego dzieciaka? Sprawić by magicznie przestał się tak wydzierać? Zacisnęła lekko dłoń w pięść, by powstrzymać zdenerwowanie. Bądź cierpliwa, mówiła sobie w duchu, choć to niewiele dawało. Głowa zaczęła ją niemiłosiernie boleć.
Analizowała całe wydarzenie z dzisiejszego dnia i wciąż nienawidziła tego faktu, że była za słaba. Za słaba, za głupia, za naiwna, za mało rozważna. Chris mówił by sobie odpuścić, ale ona była uparta. Nie tak to wszystko powinno się skończyć. Chciała, aby wyszło dobrze, by pokazać, że przykłada się do nauki, że chce walczyć i być silniejsza. Nie udało się. Z rozmyślań wytrącił ją dźwięk telefonu. Serce zabiło mocniej, ciśnienie podskoczyło. Bała się wyciągnąć komórkę z kieszeni, ale nie mogła odwlekać dłużej konfrontacji z wściekłą Sandrą.
– Czy wyście oszaleli?! – niemal wrzasnęła, a Tamara musiała oddalić telefon na chwilę, krzywiąc się. Nawet płacz dziecko nie był w stanie przebić głosu Sandry. – Do jasnej cholery, czy ja nie kazałam wam uważać?! Po kiego grzyba napisałam rano, co?! – Piękna wiązanka przekleństw poleciała z ust kobiety, aż Tamarze zrobiło się ogromnie wstyd. I z tego, że doprowadziła do złości swoją ciotkę oraz tego, że być może mężczyzna siedzący obok mógł słyszeć rozmowę. Wstała, zaciskając zęby, gdy poczuła ból i odeszła kawałek dalej, gdzie mogła na spokojniej słuchać ochrzanu. – Teraz macie za swoje i nauczkę na przyszłość, byście się mnie słuchali! No zaraz nie wytrzymam z tymi bachorami. Które było takie mądre?
– Ja – mruknęła ze skruchą, choć bardzo chciała nie przyznawać się.
– Tobie mało przygód? Chcesz więcej, czy jaki grom? Zacznij może myśleć! Przyda ci się czasem! Za mało mam problemów? Chcecie mi jeszcze ich dołożyć, nie? Boże, trzymaj mnie – warknęła, a po chwili słychać było, jakby rzuciła czymś na biurko. Wzięła głęboki oddech na uspokojenie. Tamara cierpliwie czekała, choć chciała mieć tą rozmowę za sobą. – Nie wyrobię zaraz… No i co? Jak to tam było? – zapytała z chłodem, że aż Tamarę przyszły ciarki, ale od razu opowiedziała o całym wydarzeniu tak, by nikt nieodpowiedni tego nie usłyszał.
– …A teraz jesteśmy w szpitalu. Chrisa wzięli na prześwietlenie, bo może ma złamaną rękę.
– Dobrze, że rękę a nie głowę – rzekła uszczypliwie. – Niech Elizabeth po was przyjedzie, żebyście mi sami czasem nie wracali i nie szwędali po nocach.
– Mhm – mruknęła. – Możesz powiedzieć, co zrobiło Odrodzenie, że szalało? W jaki sposób? – zapytała z wielką ciekawością. Miała cichą nadzieję, że Sandra uchybi rąbek tajemnicy.
– Nie jesteś uprawniona do takich informacji – odparła szybko.
– Ale zrobili coś publicznie?
– Zadzwoń do Liz, ma po was przyjechać i macie siedzieć na dupie. Zrozumiano? – rozkazała, po czym rozłączyła się.
Tamara przewróciła oczami, lekko poirytowana zachowaniem Sandry i tego, że nie mogła choć wyjawić tajemnicy. Przecież, gdyby stało się coś wielkiego na pewno media by o tym mówiły. Nie miała czasu na rozmyślanie, bo tak jak kazała ciotka, przedzwoniła do Elizabeth. Znów pokrótce musiała wyjaśniać, co, jak, kiedy i dlaczego. Na szczęście przybrana matka nie krzyczała, choć była również zła, rozczarowana i niezwykle zmartwiona, ale obiecała, że zaraz przyjedzie. Tamara usiadła na swoje poprzednie miejsce, próbując jakoś przybrać wygodną postawę przez ból pleców.
Czekała spokojnie dopóki nie przyszła Elizabeth z Nickiem. Oczywiście najpierw padło kilka słów ochrzanu, a potem na temat zamartwiania się. Wszystko powiedziane dyplomatycznie, aby Nick niczego nie załapał. Wspólnie czekali aż Chris wyjdzie z gabinetu. Okazało się, że miał pękniętą kość promieniową oraz łokciową i musieli założyć mu gips na prawej ręce. Jednak coś było nie tak. Wyglądał na zmęczonego i znacznie bladszego. Zapewniał, że wszystko w porządku, ale dał znaczące spojrzenie Tamarze. Jednakże dopiero, gdy oboje dotarli do swoich domów i przed samym spaniem mogli chwilę porozmawiać. Wtedy dowiedziała się, co jeszcze stało się w szpitalu.
– Obiecała, że u nich będzie mi lepiej, że się marnuje, a oni mogą zapewnić, że wyleczą Christie – powiedział Chris, po czym westchnął cicho. Tamara wyczuła jego zmęczenie, ale też zaczęła zastanawiać się skąd Odrodzenie brało informacje o nich? Czy byli śledzeni? Może Alex wysłał Alexis, by ta wybadała, czy już stali się ulegli po dostaniu w kość. – Boje się, że w końcu i jej coś zrobią…
Chciała zapewnić go, że tak nie będzie, dodać mu otuchy, ale nie potrafiła, bo to by było czyste kłamstwo. Nie miała pewności, że nie skrzywdzą nikogo. Nawet nie miała pomysłu, jak się przed nimi bronić. Mogą minąć wieki nim będzie w stanie odpowiednio używać swojej mocy, a czasu coraz mniej. Byli na przegranej pozycji, z której być może nie ma wyjścia.
– Dlatego wiesz, co musimy robić – odparła po chwili namysłu.
– Teraz już tak… I wcale mi się to nie podoba. Nie pisałem się na to…
– Ani ja, ale widać nie mamy wyjścia, Chris. Mnie też to już wszystko męczy i przerasta, ale co mam zrobić?
Nastała chwila ciszy, gdzie oboje dopowiedzieli swoje w myślach, a jedno rozumiało drugie. Zmęczeni z ogromną dawką poczucia bezsilności oraz iskrą irytacji, mieli już jasno zarysowaną drogę, jaką musieli zacząć kroczyć. Nie było miejsca na bagatelizowanie problemów, wymigiwanie się od treningów i olewać Odrodzenia. Byli kim byli, nie mogli teraz tego zmienić i nadeszła pora, aby pogodzić się z tym. Robić to, co należy.
– Idę spać. Branoc – odezwał się w końcu Chris, a jego głos był taki słaby.
– Ja też. Dobranoc.

Plecy jeszcze dokuczały następnego dnia. Tamara była nadal trochę skołowana i zmęczona, głównie psychicznie, co też oddziaływało na organizm. Czuła się beznadziejnie, wszystkiego miała dość, a przytłoczenie rosło z każdą chwilą. Nie chciała poddać się strachowi, ale jednak już myśl o jakikolwiek wyjściu z domu zaczynał napawać ją lękiem.
Siedziała akurat i w ślimaczym tempie jadła śniadanie, przełączając kanały, gdy trafiła na jeden informacyjny, który ją zaintrygował. Głównie z powodu miejsca zdarzenia. W szpitalu dziecięcym w Seattle zniknęła czwórka młodych pacjentów chorych na raka. Niektórzy mówią, że doszło do porwania, ale nawet kamery niczego nie zarejestrowały. Jakby dzieci rozpłynęły się w powietrzu. Spikerka jeszcze przekazała wiadomości, że w tym samym czasie znaleziono zwłoki jednego z większych biznesmenów Seattle. Jednakże policja nie znalazła żadnych śladów morderstwa.
Tamara zaczęła zastanawiać się czy to nie była przypadkiem sprawa Odrodzenia, chociaż czy to by miała na myśli Sandra, mówiąc, że Stowarzyszenie zaczęło szaleć? Porywanie dzieci i zabijanie jakiegoś mężczyznę? A może to po prostu czysty przypadek, a właściwe informacje jeszcze nie wyciekły do mediów?
Tuż przed południem Sandra zawitała w domu Collinsów. Nie wyglądała najlepiej. Worki pod oczami, oklapnięte blond włosy i to surowe spojrzenie, które wręcz zabijało bardziej niż zazwyczaj. Usiadła ciężko na krześle w kuchni, a Elizabeth uratowała ją kawą. Tamara miała okazję oraz nadzieję, że dowie się jakichś nowych informacji na temat Stowarzyszenia. Przysiadła po drugiej stronie stołu, uważnie obserwując ciotkę.
– Nie powinnaś wrócić do domu i wziąć wolne? – zapytała z troską Elizabeth.
– Nie mam czasu na odpoczynek – odparła z ogromnym zmęczeniem i upiła łyk kawy.
– Wykończysz się…
– Liz, ja nie wiem w co mam ręce włożyć, a nie zostawię roboty jakiemuś żółtodziobowi, co jeszcze mi spieprzy wszystko. Poza tym to mój obowiązek prowadzić sprawy dotyczące Odrodzenia.
– Więc to oni? Oni porwali te dzieci ze szpitala? – wtrąciła Tamara, niecierpliwie wyczekując na odpowiedź.
Sandra tylko wymownie spojrzała na dziewczynę.
– Już trąbią o tym? – prychnęła cicho. – Ta… wszyscy teraz ich szukają…
– A ty nie powinnaś? – spytała zdziwiona Tamara.
– Mam inne obowiązki! – podniosła głos, patrząc z irytacją na swoją siostrzenicę. – Policja szuka, ja prowadzę śledztwo, ale i tak sprawa zostanie oficjalnie zamknięta. Kto znajdzie ślady, że to wina Stowarzyszenia? Z resztą, nie po to tu przyjechałam, aby gadać o tym, o czym nie powinnam. Ty – zwróciła się do Tamary – i twój blondas musicie się brać ostro do roboty.
– A wcześniej się obijaliśmy?
– Tak – skwitowała ostro, co zdecydowanie nie spodobało się Tamarze. Zaczęło denerwować ją to, że Sandra nie widziała ich starań tylko ciągle wymagała więcej i więcej. – Z Baridem zdecydowaliśmy, że jednak same rozwijanie jednego talentu to za mało. Trzeba wam znaleźć nauczyciela od sztuk walk, byście się mogli też i bronić w normalny sposób.
– Mogę zapytać pana Lee czy by się zgodził – wypaliła bez głębszego namysłu. Nie chciała uczyć się od jakiegoś pseudo nauczyciela nie wiadomo jakich sztuk walk. Wolała, aby były to zajęcia, które ona polubi, a była prawie pewna, że Azjata chętnie by pomógł jej.
– Jakiego pana Lee? – zapytała, marszcząc lekko czoło.
– Prowadzi sklep. Często do niego chodzi – wyjaśniła Elizabeth.
– Wiem, że zna chyba kung fu, więc… – zaczęła Tamara, ale Sandra natychmiast przerwała.
– Chyba zna? To musi być ktoś sprawdzony, a nie byle jaki sprzedawca figurek. Poza tym na razie nie wiesz, czy się zgodzi, więc nie pakuj go w coś, czego może nie chcieć.
– Ale mogę go zapytać! Jeśli macie płacić komuś obcemu za lekcje, to zapłaćcie panu Lee! Jemu przydadzą się pieniądze, a jestem pewna, że świetnie by nas poduczył! – patrzyła wręcz prosząco. Chciała chociaż mieć szansę, a i czuła by się lepiej, gdy nowym nauczycielem byłby ktoś, kogo już zna. Większa swoboda. Jednak spojrzenie Sandry dawało wiele wątpliwości, czy się zgodzi na ten układ. – I jest na miejscu. Nie musimy nigdzie jeździć i tracić czas na dojazd. Moglibyśmy chodzić do niego w nawet w tygodniu.
– Wiesz, że nie mówi się czegoś za kogoś? Nie ustalaj mu grafiku.
– Po prostu daj szansę! Jak się nie zgodzi to dasz kogoś innego. I tyle.
Sandra westchnęła ciężko i przez dłuższą chwilę myślała, ale w końcu się zgodziła. Pod jednym warunkiem, że sama sprawdzi Chińczyka. Jednak sam fakt dał wiele nadziei Tamarze.
– Jeszcze jedna sprawa. Musicie być bardziej ostrożni z używaniem swoich mocy – ostrzegła kobieta, upijając po tym łyk kawy. – Nie sprawdziliście czy ktoś was przypadkiem nie widział. Musicie na to uważać.
– Był świadek? – zapytała lekko podenerwowana Elizabeth.
– Nic mi na razie o tym nie wiadomo, po prostu ostrzegam. Jeśli ktoś ich przyłapie albo sfilmuje… może być nieciekawie. Nie myślałam, że po prostu ta dwójka będzie tak głupia by sama chodzić po nocach, a i że Odrodzenie zaatakuje w innym mieście. Podejrzewam, że Demens wymyka im się spod kontroli. Jest nieobliczalny, a to zapewne utrudnia im pracę.
– Alex zabrał też Andy’iego. Wiesz może, po co? – wtrąciła Tamara, ale Sandra tylko pokręciła głową. – Może da radę go jakoś uratować razem z resztą dzieci? Trzeba coś zrobić!
– Co? Gdzie ich będziesz szukać? Wiesz, gdzie mają dziuplę? A nawet jak znajdziesz, to co zrobisz? Wiesz ilu ich tam jest? Wiesz jacy są potężni? Kogo mam wziąć? Ciebie? Blondyna? Barida na wycieńczeniu? Nie bądź głupia – prychnęła, sięgając znów po swój kubek.
– Ale w ten sposób pozwalacie im na działanie. Dlaczego do tej pory nikt nie wyjawił ich istnienia? Czy rząd wie w ogóle o nich? Działa jakoś przeciwko nim?
– Tylko nieliczni… – zawahała się na chwilę – wiedzą, ale i tak mamy związane ręce. Mała garstka ludzi nad tym pracuje, bo to jak walka z wiatrakami i szukanie igły w stogu siana. Myślisz, że od wczoraj próbujemy zlokalizować miejsce Odrodzenia? Nie. Ta sprawa ma już kilkanaście lat, a i jak do tej pory my, zwykli ludzie nie mamy szans. Oni są ponad nami, ponad wszelką elektroniką. Są jak duchy. Mówiłam ci przecież. Ujawniają się tylko wtedy, kiedy ONI tego chcą. Jak złapiesz dym gołymi rękoma, to wtedy możemy porozmawiać. Jak tak bardzo chcesz ich dopaść, to bierz się do roboty, a może kiedyś uda ci się jednemu skopać dupę.
– A mówiłaś, że nawet Barid nie jest w stanie walczyć jeden na jednego.
– Ja to wiem, ale ty jeszcze nie. Żyjesz przekonaniami i nadzieją, jakie sama sobie wyznaczysz. Wszystko zależy od tego, jak się postrzegasz – odparła Sandra dokańczając kawę, po czym jakby odetchnęła z ulgą, przeciągnęła się leniwie.
– A ja nie chcę, aby Tami pakowała się jakiekolwiek kłopoty i szła prosto w paszczę lwa – odezwała się Elizabeth niemalże rozkazującym tonem. – To jeszcze dziecko.
Dziewczyna skrzywiła się na to ostatnie słowo. Nienawidziła, jak ktoś tak o niej mówił. Nie miała przecież pięciu lat, tylko szesnaście, a rocznikowo nawet siedemnaście i powinni zacząć traktować ją, jak prawie dorosłą osobę.
– Nie jestem dzieckiem – wypaliła z niesmakiem, co jej matka puściła mimo uszu.
– Jesteś i nie chcę byś specjalnie zaprawiała się do jakiejś walki. To wszystko miało być do samoobrony!
– Jest i będzie – rzekła Sandra, zmęczonym głosem. – No, chyba że zależy ci na jej śmierci. Proszę bardzo. Równie dobrze możesz wystawić ją na tory. Wyjdzie na to samo – rzekła z ironią, co tylko podsyciło złość Elizabeth.
– Nie gadaj bzdur, dobrze?
– Ja tu jestem – wtrąciła cicho Tamara, choć w tym momencie wolała się ewakuować i nie słuchać kłótni między siostrami. Miała wystarczająco dużo nerwów, żeby jeszcze się przejmować innymi.
– Ona będzie trenować, niezależnie od celu i czy ci się to podoba czy nie. Sama dałaś przyzwolenie, więc teraz nie zmieniaj zdania, co pięć minut – powiedziała poirytowana Sandra, masując sobie skroń. – Już nie tylko ty za nią odpowiadasz i nie masz wpływu na to, co się stanie. Powinnaś ją wspierać, jak na prawdziwą matkę przystało – dodało, mierząc wzrokiem siostrę.
– Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o tobie – odgryzła się Elizabeth, nie dając za wygraną.
– Wybacz, że mam taką pracę, a nie inną i wyjazdy po całym kraju są w to wliczone. Ktoś musi to robić – prychnęła, jak rozjuszona kotka.
– Możecie przestać? Nie ma powodu by się kłócić – wtrąciła Tamara, nie chcąc by sytuacja rozwinęła się i poszła w złym kierunku, a tym bardziej nie chciała, być tego świadkiem. Sandra tylko podniosłą ręce w geście poddania się, po czym podniosła się z krzesła.
– Będę już lecieć. Mam jeszcze trochę do roboty. A ty ze swoim blondaskiem, w razie gdybyście znów napotkali kogokolwiek z Odrodzenia, macie natychmiast mnie o tym poinformować.
– Jak odbierzesz telefon – mruknęła Tamara.
– Wystarczy SMS o krótkiej treści.
– I myślisz, że będziemy pamiętać albo mieć czas na takie rzeczy? – uniosła brew, również wstając.
– Postarajcie się chociaż – odparła, zakładając kurtkę oraz buty. – Nara!

Dzięki Láng Lóngowi Chris już po dwóch tygodniach mógł zdjąć gips. Było to ogromnym zaskoczeniem dla lekarzy, ale nikt więcej nie drążył tematu. Uważali, że może chłopak ma tak dobre ciało, a połamanie nie było aż tak groźne, jak wyglądało. Nie potrzebował też długiej rehabilitacji, więc na międzyszkolny mecz piłki nożnej był już całkowicie zdrowy, chociaż trener obawiał się, czy dobrze robi wpuszczając Chrisa na boisko, a nie zostawić go na ławce rezerwowych. To jednak byłby cios nie tylko dla młodego Posiadacza, ale i dla drużyny. Do tego Dave z nikim tak dobrze nie grał, jak właśnie ze swoim najlepszym przyjacielem i razem silniejsi, co znacząco wpływało na rezultat meczu.
Tamara nie mogła nie dopingować Chrisa, ale również Vanessę, która w drużynie cheerleaderek zagrzewała piłkarzy do walki. Paul zostawił swoją książkę w domu i również był świadkiem całej zagrywki. Nawet podczas końcówki pierwszej części zaczął być znacznie ożywionym kibicem, pomimo iż Tamara zbyt dużego entuzjazmu nie ukazywała. Co najwyżej biła brawo, gdy ktoś z drużyny szkolnej strzelił gola. Bardziej od patrzenia wolała sama wkroczyć na boisko i trochę pokopać piłkę, ale wiedziała, że z takimi olbrzymami nie miałaby szans. W dodatku rówieśnicy byli zdecydowanie potężniej zbudowani niż ona, niska i drobna. Staranowanie z całą pewnością skończyło by się kolejną wizytą w szpitalu.
Podniosła się razem z tłumem, bijąc brawo, gdy ostatniego gola przed gwizdkiem strzelił Dave. Musiała przyznać, że ten chłopak był dobry w sporcie, pomimo braku zdrowego rozsądku i podejścia do kobiet. Dzięki niemu drużyna z Silverleaf była jedynie jeden gol do tyłu, aby chociaż zremisować. Po sali rozbrzmiał dźwięk gwizdka oznaczający przerwę. Zawodnicy zeszli z boiska i udali się na swoje miejsca, aby napić się wody i chwilę odpocząć, a przy tym wysłuchać rad trenera. Za to cheerleaderki weszły na środek pomieszczenia i zaczęły tańczyć. Dziewczęta dostały ogromne oklaski za ich nowy popisowy numer z podrzucaniem jednej, która w dodatku zrobiła szpagat w powietrzu, a dwie kolejne pokazały piękne obroty.
W pewnym momencie Tamara poczuła, jak zaczyna się nieco pocić, jakby powietrze w hali stało się znacznie cieplejsze. Albo to ilość otaczających ją nastolatków zaczęła wpływać na to, że zaczynało robić jej się gorąco i odczuwała mały niepokój. Nerwowo zaczęła rozglądać się po trybunach, aż w końcu jakby coś ścisnęło jej żołądek. Naprzeciwko na samej górze trybun, niemalże w kącie, siedział Alex. Jak gdyby nigdy nic. Momentalnie wezbrała się w niej ogromna złość, ale także wewnętrzny paraliż. Od razu wręcz czuła, że coś się wydarzy skoro on jest tutaj.
Natychmiast wstała i zbiegła z trybun.
– Chris! – zawołała, jak najgłośniej, aby przyjaciel usłyszał przez tą głośną muzykę. Dopiero, jak Dave dał mu znać, odwrócił się do Tamary, a potem podszedł. Odeszli na bok, bliżej wyjścia z hali. Patrzył na nią pytająco i pochylił się nieco, aby mógł dosłyszeć, co mówi. – Alex tu jest! Po drugiej stronie!
Posłała mu pełne niepokoju spojrzenie oraz dyskretnie wskazała miejsce ich wroga. Chris przełknął ślinę i wytarł pot z czoła, wzdychając cicho. Przez chwilę jakby zastanawiał się, co zrobić. Czy mieli jakieś wyjście z tej sytuacji? Oboje wiedzieli, że nie mogą użyć mocy, nie mogą prosić ochroniarza czy zadzwonić na policję, bo sami by wpakowali się w kłopoty. Jedyną opcją pozostało poinformowanie Sandry, ale z całą pewnością i ona niewiele by mogła zrobić w tak krótkim czasie. Ktoś powinien być tutaj, w tej chwili, kto zapewniłby bezpieczeństwo, a ono może przyjść za późno.
– Chce nas publicznie dopaść? – zapytała, a ręce zaczęły jej się coraz bardziej trząść. Dobrze pamiętała ostatnie spotkanie z Demensem i choć Alex w tamtej chwili ich nie skrzywdził, to wciąż był niebezpieczny.
– Nie wiem – odparł spokojnie, choć Tamara znała go na tyle, by wiedzieć, że i Chris jest zaniepokojony. Jego spojrzenie stało się bardziej czujne, choć wciąż wydawał się być opanowany. – Daj znać Sandrze. Na razie nic nie możemy zrobić, inaczej sami wpadniemy.
Nie mogli dłużej rozmawiać. Trener wołał wszystkich. Chris musiał już wrócić do drużyny, zostawiając Tamarę w tej niewiedzy i zdenerwowaniu. Spojrzał na nią ostatni raz, by dać do zrozumienia by miała na uwadze Alexa, a potem wszedł na boisko. Widziała, jak sam nie mógł skupić się na grze, która miała za chwilę znów się rozpocząć.
Wróciła na swoje miejsce obok Paula i co chwila zerkała na członka Stowarzyszenia. W pośpiechu wyciągnęła komórkę i wysłała wiadomość do Sandry tak, jak jej kazała jakiś czas temu: „Clarity Avenue, Alex jest w szkole!”. Wątpiła, aby ciotka szybko odpowiedziała albo cokolwiek zrobiła, gdy zazwyczaj jej telefon był poza zasięgiem, ale przynajmniej spełniła prośbę kobiety i dała informację. Reszta działania i tak należała w głównej mierze od Tamary i Chrisa oraz temu, czy dopisze im szczęście.
Mecz zaczął się tuż po gwizdku sędziego. Każda kolejna sekunda wydawała się być coraz dłuższa, jakby czas robił Tamarze na złość. Tak samo jak i Alex samą swoją obecnością. Zaczęła bawić się palcami, bacznie obserwując wszystko dookoła. Chris również nie bardzo mógł skupić się na grze, przez co drużyna traciła.
Nagle potężny huk gdzieś w dalszej części szkoły sprawił, że wszyscy zamarli. Ściany zatrzęsły się razem z podłogą. Nastąpiła chwila ciszy i konsternacji. Tamara zamarła i patrzyła na Alexa, który jakby wyczuł albo wiedział, że jest pod ostrzałem. Chris zerknął na swoją przyjaciółkę, a potem w kierunku rudzielca.
Czyżby się zaczęło? Tysiąc myśli przychodziło jej do głowy, a niepokój rósł z każdą chwilą. Zaczęła panikować, bo nie wiedziała, co ma robić, jak reagować. Była zupełnie bezsilna, a obawiała się najgorszego. Nagle jakby coś ciężkiego i ogromnego spadło na dach hali, aż niektórym wyrwał się krzyk przerażenia. Spojrzenia zebranych skierowały się ku górze i już po chwili każdy mógł dostrzec pęknięcie na sklepieniu, które zaczynało być coraz większe. Przerażenie nastolatków sięgnęło zenitu i powstał chaos. Wszyscy rzucili się do wyjścia i jedynie kolejny huk mógł zagłuszyć wrzaski. Tamara również spanikowana, chciała za wszelką cenę wydostać się z tego miejsca, ale najpierw dotrzeć do Chrisa. Tłum niestety nie dawał jej zbyt wielkiej szansy na odnalezienie przyjaciela. Ktoś złapał ją za rękę i próbował trzymać przy sobie. Okazało się, że to Paul, chociaż dziewczyna z trudem nie została staranowana przez masę znacznie potężniejszych oraz wyższych od niej osób. Panował okropny ścisk, jeden pchał się na drugiego. Hałas był dla Tamary nie do zniesienia, w dodatku, uderzyła ją jeszcze większa fala gorąca i ledwo mogła z tym wytrzymać.
Pierwszy ułamek dachu zleciał z hukiem. Nastąpiły znacznie głośniejsze wrzaski. Wołania nauczycieli o spokojniejszą ewakuację nie dawało skutku. Nikt już nikogo nie słuchał. Każdy chciał wyjść, aby ratować swoje życie. Tamara nawet nie mogła się za bardzo odwrócić. Miała wrażenie, że zaraz zostanie zdeptana, chociaż zaczęła bardziej martwić się o Chrisa. Nie wiedziała, gdzie był, czy jest gdzieś w tłumie, ale nie chciała nawet myśleć o tym, że Alex mógł go porwać. Miała tylko nadzieję, że znajdzie się, jak tylko wszyscy wyjdą na zewnątrz.
Poczuła chłodne powietrze i już po chwili Paul wyprowadził ją z tego tłumu.
– O matko! Pali się! – usłyszeli krzyk jakiejś dziewczyny. Wszyscy skierowali wzrok w stronę drugiego skrzydła szkoły. Z okien na piętrze wydobywał się czarny dym oraz można było dostrzec języki ognia.
Tamara za bardzo się tym nie przejęła chociaż miała dziwne wrażenie poniekąd odczuwania swojego żywiołu. Nie potrafiła tego określi, ale jakby ogień był częścią niej. Jednak szybko odsunęła od siebie te dziwne myśli i wzrokiem szukała Chrisa oraz Vanessy. Widziała kilka cheerleaderek, które w swoich strojach zaczęła się trząść z zimna. W końcu pogoda nie była najlepsza do spacerów bez kurtek. Było paru zawodników drużyny z obu szkół, ale nigdzie nie mogła znaleźć przyjaciela.
Niespodziewanie usłyszeli kolejny huk przez zawalenie się kolejnej części dachu hali. Trener szkoły prosił o przejście wszystkich na drugą stronę ulicy, aby każdy stał w bezpiecznej odległości. Chciał również sprawdzić czy nic nikomu się nie stało.
– Nie widzę Chrisa – odezwała się lekko już załamana Tamara i spojrzała na Paula, który najwyraźniej również szukał przyjaciół. – Trzeba go poszukać!
– Czekaj! – złapał ją za rękę, gdy chciała wrócić do szkoły. I choć dziewczyna próbowała się wyrwać, to jednak chłopak był silniejszy od niej. – Nie możesz tam wejść! Zwariowałaś?!
– Ale tam jest Al… – urwała w ostatniej chwili. Czuła jak niepokój zżerał ją od środka. Nie mogła stać spokojnie, gdy nie wiedziała, że wszystko było w porządku z jej przyjacielem i przyjaciółką. Tym bardziej znając zagrożenie, które było ogromne i nigdy nie wiadomo, co może się stać przy wizycie Alexa.
– Na pewno gdzieś tu są. Tylko nie panikuj – powiedział spokojnie, co nieco pozytywnie wpłynęło na zszargane nerwy Tamary. Ktoś musiał zapanować nad nią, a mając kogoś, kto by ją poprowadził i myślał logicznie było ogromnym wsparciem dla niej. – Chodź.
Zaczęli przechadzać się pomiędzy uczniów, którzy już nie w takiej panice, szli na drugą stronę ulicy. Część z nich wyciągnęła telefony i zaczęli nagrywać całe zajście, komentując. Tamara chciała być równie spokojna, co część z nich, ale nie potrafiła. Myślała, że zaraz zwariuje, ale na szczęście jedna zguba się znalazła. Pośpiesznie podeszli do Vanessy, która stała z jedną koleżanką z drużyny. Na widok Tamary i Paula ucieszyła się, chociaż jej uśmiech nie widniał zbyt długo.
– Widzieliście tego dupka i Chrisa? – zapytała, poprawiając swoje czarne włosy. Cała trzęsła się z zimna. Paul od razu podarował jej swoją bluzę, za co mu podziękowała.
– Nie. Też ich szukamy – odparła Tamara. Serce biło jej znacznie szybciej, a nawet zimno nie było aż tak uciążliwe. Rozglądała się dookoła w nadziei na ujrzenie tej jednej osoby i nie wyobrażała sobie, aby mogła stracić kogoś tak ważnego. Wszystkie najczarniejsze scenariusze przychodziły jej do głowy i podłamywały, mimo iż próbowała je powstrzymać. – A co jeśli nie wyszli? Chyba nic na nich nie spadło, co?
– Nawet tak nie myśl – zganił ją Paul swoim opanowanym głosem. – Pójdziemy z drugiej strony. Może wyszli innymi drzwiami. Ty poczekaj tu, jakby w razie się pojawili – powiedział do Vanessy, która chciała zaprotestować, ale Tamara szybko pociągnęła Paula za rękę. Trzymając wciąż bezpieczny dystans od hali, szli na drugą stronę budynku. W oddali słychać było wycie syren straży pożarnej.
Nagle Paul jęknął cicho i zgiął się w pół, łapiąc za głowę.
– Co ci jest? – zapytała, przyglądając się chłopakowi, który zaraz wyprostował się i udał, że wszystko w porządku.
– Nic. Wszystko okej – odparł, chociaż jego głos nie brzmiał zbyt pewnie, a i jego twarz stała się jakby bledsza. – Chodźmy – złapał Tamarę za nadgarstek i ruszyli dalej.
Jednakże taka niespodzianka, jaka czekała na nich za rogiem budynku nie była wcale miła. Nie tylko znaleźli Chrisa, ale również i Alexa oraz Alexis. Tamara rzuciła się biegiem do nich, a za nią Paul, chociaż wyglądał jakby opadł nieco z sił. I mimo iż kamień spadł jej z serca to wciąż zagrożenie nie minęło i dziękowała Bogu, że przyjacielowi nic się nie stało. W tym momencie wezbrała się w niej złość. Wiedziała, że to wszystko sprawka rudzielca oraz jego siostry. Narazili na niebezpieczeństwo nie tylko ich, ale masę młodych ludzi.
–  Mało wam?! – wrzasnęła wkurzona, podchodząc do Chrisa, któremu najwyraźniej też ulżyło na widok przyjaciółki.
– Witamy na zebraniu – powiedział Alex z zalotnym lekkim uśmiechem. Coś było w nim dziwnego, a raczej jego brak silnej aury, którą zazwyczaj rozsiewał. Teraz była wręcz ledwo wyczuwalna i mniej drapieżna niż zazwyczaj.
– Ale kolega nam jest nie potrzebny – odezwała się Alexis kokieteryjnie i przyciągnęła do siebie Paula, który znacznie później dotarł. – Zajmij się resztą – dodała po czym objęła Paula ramieniem, a on jak gdyby zahipnotyzowany, ruszył razem z kobietą. Jego wyraz twarzy był pozbawiony emocji, a brązowe oczy zupełnie puste i nieobecne.
– Masz go zostawić – rozkazał Chris nadal opanowanym głosem i ruszył w ich stronę. Wtem Alex zagrodził mu drogę, złapał za koszulkę chłopaka i przyparł go do muru za taką siłą, że Chris aż syknął.
– Nie ty tu dowodzisz – szepnął Alex.
Chris próbował odepchnąć mężczyznę, ale ten był za silny. Tamara natychmiast chciała interweniować, ale gdy tylko zbliżyła się do nich, Alex odepchnął ją przezroczystą falą energii. Dziewczyna poleciała trzy metry nim upadła na ziemię. Wtem cała aura drapieżności pojawiła z nikąd, ale tak wyjątkowo mocna była tym razem, że Tamara aż poczuła, jak miękną jej nogi.
– Idź za Paulem – odezwał się Chris, szarpiąc się z rudzielcem. – Ja dam sobie radę. – Na te słowa Alex zaśmiał się cicho. – Leć! – ponaglił przyjaciółkę, gdy ta tylko podniosłą się.
Była zdruzgotana. Nie chciała zostawić Chrisa samego z wrogiem, ale też wiedziała, że powinna pomóc Pauli, który już zupełnie był w patowej sytuacji i nawet nie mógł się bronić. Nie miała pojęcia, czy zdoła cokolwiek wskórać z Alexis. Tym bardziej, że wciąż byli w miejscu publicznym w dodatku na miejscu była już straż pożarna. A jeśli Chris nie da sobie rady i coś mu się stanie, nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
Co robić? Kogo najpierw ratować?


Przypominam o konkursie, w którym biorę udział i można na mnie zagłosować  tutaj. Wystarczy kliknąć tą chmurkę przy moim nicku oraz tytule tego opka. Można głosować do 08.08 i koniecznie zajrzyjcie do innych kategorii!! :) Niestety głosować mogą niestety tylko osoby mające konto na Wattpadzie.

1. Jak przebiegł mecz, panika oraz ewakuacja? Starałam się w miarę jakoś realnie napisać to wszystko, ale nie wiem jak mi wyszło.
2. Co zrobi Tami? Kogo najpierw będzie chciała ratować?

I już tak zupełnie od innej czapy chciałabym zapytać się Was, co byście bardziej chcieli przeczytać: obyczajówkę z młodzieńczym romansem czy kryminał z lekką mieszanką fantasy, gdzie bohaterowie mają te +20 na karku? Dajcie znać! 

Pozdrawiam~! ^^

2 komentarze:

  1. No to kilka słów ode mnie

    Fajnie wyszły te wrzaski Sandry, wydaje mi się o wiele ciekawszą postacią niż Elizabeth, której brakuje charakteru. Zresztą, wiadomo, że jej nie lubię. Niby się martwi, ale myślenie ma jakieś od dupy strony.

    Co do akcji na boisku, to fajnie pomyślane, żeby najpierw pojawił się Alex jako zwiastun katastrofy a dopiero potem sama katastrofa. W samym pożarze zabrakło mi trochę dramatu, ale może to dlatego, że Tamara nie do końca czuje ogień. Czyli widać było, że inni panikują, a jednak w niej tego nie wyczułam. Chociaż fakt, że ją nie pierwszy raz takie coś spotyka :D

    Co do misji ratunkowej, to nie mam pojęcia. Ja się bardziej zastanawiam, czego chce to Odrodzenie. Bo skoro jest takie super czaderskie, to po co się tak czai? Z tego co opisałaś i tak inni mogą im co najwyżej ściągnąć skarpetki, a oni i tak robią co chcą. Czyli równie dobrze mogliby porwać Tamarę i Chrisa dawno temu, a jednak tego nie robią. To o co im chodzi?

    No i nie wiem czy to dobry pomysł, żeby Lee ich uczył. Bo oni potrzebują szybkiej nauki, silnej ręki, mocnego kopa w dupę. A on jest bardzo spokojny, chociaż może pokaże swoją ciemną stronę wkrótce :D

    Chyba tyle
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też w sumie wolę Sandrę, ale czasami mnie irytuje. I fakt, Elizabeth wyszła mi trochę bez charakteru, ale ona taka jest. XD Niby ciepła bułka, ale z drugiej strony boi się po tym, co przeszła.

      Miałam w sumie w głowie lepszą wizję tej sceny, ale było za wcześnie na takie drastyczne środki. XD Hm... jeśli chodzi o samo pożar i Tami to może i fakt. Nie czuła zbyt wielkiej więzi z ogniem, bo jeszcze tak za wcześnie. Ona ledwo potrafi wykrzesać z siebie trochę iskier. Drugą sprawą jest to, że bardziej martwiła się o Chrisa, nie mogła go znaleźć w tłumie uczniów. To było dla niej priorytetem. W sumie też bym się bardziej martwiła o przyjaciela niż pożar w szkole czy więź z ogniem. XD

      Bo oni lubią się bawić. XD Nie chciałabym w komentarzu wyjawiać wszystkich kart, dlatego wybacz mi, jeśli nie odpowiem na to pytanie. Jeszcze nie. :D

      Hm...może i on podchodzi pod osobę bardzo miłą, ale kto wie jakim jest nauczycielem? Chińczycy potrafią być bardzo surowi dla swoich uczniów, oczywiście nie wszyscy, ale pan Lee jeszcze nie miał okazji się wykazać.

      Dziękuję bardzo za komentarz i za to, że zawsze jesteś! <3 Pozdrawiam! ^^

      Usuń

Żadnego spamu! Nigdzie!

Jeśli zignorujesz moją prośbę, nie zdziw się, gdy będę dla ciebie wredna.