środa, 14 marca 2018

5. Złodziej - one shot

Wygodnie usiadła na fotelu – jedynym meblu pozostałym w tym mieszkaniu. Jedynym czymkolwiek, co pozostało. Nie musiała zamykać oczu, bo ciemność w zupełności wystarczyła, aby zebrać myśli i czekać cierpliwie na swojego gościa. Na jej kolanach spoczywał miecz samurajski. Opuszkami palców sunęła po klindze, czując przyjemne zimno stali. Nie mogła się doczekać, aby w końcu cokolwiek przeciąć tym ostrzem, a krew powoli by spływała po sztychcie. Jeszcze trochę, a usłyszy krzyki, charczenie i błaganie. Tego ostatniego najbardziej nienawidziła i gardziła osobami, które w ostateczności prosiły o litość. Wtedy najchętniej lubiła się bawić. I to szaleńczo.
Minęło dokładnie trzydzieści minut, kiedy przekręcił klucz w zamku. Drzwi się otworzyły. Wzięła głęboki wdech, czując, że już za moment rozpocznie się to, na co tak czekała z upragnieniem. Zacisnęła dłoń na rękojeści, ledwo powstrzymując uśmiech. Serce z ekscytacji zabiło mocniej. Patrzyła, jak mężczyzna wchodzi do środka. Smuga światła z klatki schodowej wdarła się do mieszkania. Dzięki temu też mogła dostrzec jego masywną sylwetkę. Rosnący brzuch od piwa, wielką łysą głowę i workowate ubrania.
Pstryknął włącznikiem światła, ale nic się nie zapaliło. Przeklął pod nosem, zamykając za sobą drzwi, a w mieszkaniu ponownie zapanowała ciemność. Huk upadających kluczy rozniósł się echem, aż podrażnił uszy dziewczyny. Skrzywiła się, na sekundę przymykając oczy. Nienawidziła tak głośnych hałasów. Usłyszała kolejne przekleństwo, ale mężczyzna nawet nie schylił się, aby podnieść to, co mu upadło. Zaczął wołać swoją żonę, ale nikt nie odpowiadał. Ruszył po omacku w stronę kuchni. Tam również chciał zapalić jakieś światło, ale nic nie zadziałało. W końcu domyślił się, że coś musiało wywalić korki.
W tym momencie Tamara zastukała ostrzem miecza o podłogę, aby zwabić do siebie swoją „zwierzynę” i się przywitać. Mężczyzna znieruchomiał. Podejrzewała, że nasłuchuje, więc zastukała ponownie, by miał pewność, iż się nie przesłyszał.
Powoli stawiał kroki w kierunku salonu, gdzie siedziała. Gdy tylko przekroczył próg, z dłoni Tamary wystrzeliły iskry ognia, które zamieniły się w nieduże płomyki. Ogniki powędrowały  pod sufit, aby oświetlić całe pomieszczenie. Wtem mogła nareszcie spojrzeć z pogardą na swoją „zabawkę”.
– Witam – powiedziała spokojnie. Kącik ust ledwo drgnął w uśmiechu.
– Kim ty do diabła jesteś?! – warknął, nerwowo spoglądają na ognie. Zapewne nie wiedział, czy to prawdziwa sztuczka, czy może sen. Wyjątkowo realistyczny. Dopiero po chwili dostrzegł, że wszędzie jest całkowita pustka. Nie ma żadnego śladu  po tym, że ktokolwiek tu mieszkał, że on miał cokolwiek. – Gdzie jest moja żona?! Gdzie są wszystkie moje rzeczy?! – podniósł głos i ruszył w stronę Tamary.
Szybko podniosła miecz, płomienie zaczęły błądzić po klindze, a jedna iskra omal nie sięgnęła brody mężczyzny. To go powstrzymało przed atakiem. Bacznie obserwował broń, zdenerwowany zerkając na dziewczynę.
– Jesteś pewien, że chcesz podejść bliżej? – zapytała z wyższością. – Chętnie spalę cię żywcem, ale akurat… – cmoknęła – tej atrakcji nie planowałam dla ciebie. Będziesz musiał obejść się smakiem.
– Co do k…
– Milcz – rozkazała, a płonienie z miecza syknęły ostrzegawczo. Iskry wysunęły się i powędrowały w stronę faceta, niczym dłonie, które chciały go dosięgnąć i złapać w swoje sidła. – A teraz siad. Jak pies – dodała chłodno, łypiąc groźnie.
Widziała, że się wahał. Nie chciał usłuchać. Myślał, że może się postawić, co niezwykle ją rozbawiło. Naprawdę myślał, iż ma jakiekolwiek szanse z nią? Czy nie dostrzegał tych płomieni? Sądził, że to jakaś halucynacja lub dobry trik?
Tracąc cierpliwość i mając zamiar trochę pobawić się, wytworzyła w wolnej dłoni kolejny płomień. Z prędkością światła pomknął do mężczyzny i zatrzymał się tuż przy jego twarzy. Wydał z siebie zduszony okrzyk.
– A teraz grzecznie siadaj dupskiem na podłogę. Chyba że chcesz stracić połowę swojej wstrętnej gęby – warknęła. Palcem wskazującym kierowała ogniem powoli w dół, aby jej „owieczka” również podążyła za wskazówką.
I zrobił to. Usiadł. Z początku lekko dygotał, ale zaraz opanował swój strach, przemieniając je w złość. Tamara skierowała płomień nad jego głowę, aby nie zapomniał, że w każdej chwili może poczuć niesamowite ciepło. Opuściła też nieco miecz, ostrze spoczęło na panelach. Radość rozpierała ją od środka. Uwielbiała, kiedy robili to, co im rozkaże. Czuła władzę, a oni byli tylko głupimi marionetkami.
– Dobry kundel – skwitowała. – A teraz zasady. A właściwie jedna. Jeśli będziesz grzeczny i będziesz mnie słuchał, przeżyjesz. Nie zależy mi aż tak bardzo na zabiciu ciebie. A kiedy nawet spróbujesz cokolwiek zrobić… odpowiednio się tobą zajmę. Musisz wiedzieć, że lubię się bawić i tak szybko nie zdechniesz. Zrozumiano?
Pokiwał głową. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu. Może było mu za gorąco przez wiszący nad nim ogniem, a może to ze strachu. Nie było to zbyt istotne dla Tamary. I tak czekała go gorsza rzecz niż pot.
– Świetnie – uśmiechnęła się sztucznie, po czym kontynuowała: – Pokrótce wyjaśnię swoją wizytę, którą mam nadzieję, zapamiętasz do końca życia. Naprawdę gardzę takimi ścierwami jak ty. Jesteś niczym i nie masz już nic. To mieszkanie nie jest już twoje. Twoja żona przepadła jak kamień w wodę. Wszelkie oszczędności zostały przeznaczone na cele charytatywne. Jedyne, co teraz ci zostanie, to ty i twoje sumienie. A… pracy też już nie masz. Właśnie cię zwolnili i nie masz dokąd wracać. Smutne, ale cóż… sam sobie zgotowałeś taki los.
– Co z nimi zrobiłaś? Gdzie moja żona i syn? – wycharczał, wściekle patrząc na dziewczynę.
Tamara przechyliła lekko głowę na bok, udając, że myśli. Napawała się tą chwilą. Zaczął się bać, więc jeszcze parę słów i przystąpi do najlepszej części.
– Na żonę bym nie liczyła. – Pochyliła się nieco do przodu. Z chytrym uśmieszkiem szepnęła: – Wącha kwiatki od spodu.
Strach pomieszany ze wściekłością, który pojawił się na twarzy mężczyzny, podsycił radość Tamary. Jego grymas bólu bym grą wstępną. Syciła się tym i mogła sobie tylko wyobrazić, co czuł. A to dopiero początek. Widziała, że chce krzyknąć, ale natychmiast go uciszyła, kręcąc przy tym głową.
– Fajnie tak? Poczuć, jak tracisz wszystko, co masz? Jak tracisz drugą osobę? Tracisz wszystko, na co tyle lat pracowałeś? Boli? I bardzo dobrze – rzekła, choć chciała wycedzić ostatnie słowa.
Wstała i podeszła do niego. Przytknęła ostrze do gardła mężczyzny. Pragnęła odciąć mu głowę, ale lepszym rozwiązaniem i większą rozrywką było patrzenie, jak się stacza. Psychicznie upada i nie wytrzymuje.
– Za bardzo świerzbią cię rączki. Może to w nich jest problem?
Chciała pchnąć go nogą, jednak niespodziewanie rzuci się na nią. Powalił swoim cielskiem i z wrzaskiem wściekłości sięgnął po miecz. Poczuła ból pleców, choć najbardziej zabolał ją ten przeklęty lewy bark, który dokuczał przy każdym upadku. Syknęła, krzywiąc się. Kiedy spojrzała na mężczyznę, ten już siedział na niej okrakiem i przyłożył nóż do jej gardła. W oczach dostrzegła triumf. Myślał, że wygrał, na co się roześmiała. To było dla niej niezwykle komiczne.
– Człowieku, czy ty naprawdę myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? – zapytała z rozbawieniem, co jeszcze bardziej rozwścieczyło faceta.
– Co zrobiłaś mojej żonie? Gdzie mój syn? Gadaj suko albo cię zabiję! – warknął, a strużka śliny wyleciała mu z ust.
Tamara nie przepadała, kiedy ktokolwiek tak się do niej zwracał i używał takich epitetów. To jeszcze bardziej ją podjudzało, a teraz była w zdecydowanie nie w humorze, by ze spokojem przyjmować wyzwiska.
– Zabij. Na co czekasz? W jednym już masz wprawę, więc ucz się drugiej – uśmiechnęła się szaleńczo. Gdy mężczyzna mocniej przytknął ostrze do gardła dziewczyny, aż delikatnie poleciała stróżka krwi, ta szybko skumulowała Qi w swojej dłoni. Fala przezroczystej energii z niezwykłą siłą powaliła napastnika. Tamara szybko wstała i podniosła swój miecz. – Jesteś beznadziejny. I wkurzyłeś mnie. Czas na prawdziwą karę. Skoro rączki tak bardzo cię świerzbią, to może czas je uciąć.
Iskry powędrowały z dłoni Tamary i zaczęły błądzić po klindze, sycząc cicho. Zamachnęła się i bez problemu przecięła rękę mężczyzny w połowie przedramienia. Ryk, jaki z siebie wydał, podrażnił jej uszy, ale zarówno niezwykle ucieszył. Krew trysnęła z rany i zalała podłogę, ściany, jak i kilka kropel spoczęły na policzku dziewczyny. Zaczął się szamotać, wrzeszczeć wniebogłosy. Ze spokojem obserwowała całą tę piękną scenę, nie patrząc, że coraz bardziej była ubrudzona krwią. Sądziła, iż poczuje jakieś szczęście, radość z tego widoku, ale ponownie się zawiodła. Nie czuła zbyt wiele. Jakaś radość owszem, ale nie na tyle silna, by zaczęła się śmiać, cieszyć i triumfować. Wygrała. Wiedziała, że postąpiła słusznie, miała niesamowitą satysfakcję, ale nadal czegoś jej brakowało do pełni szczęścia. Tak więc nadal będzie musiała szukać tego ostatniego kawałka puzzli.
Gdy tak przyglądała się mężczyźnie, bez namysłu ucięła dłoń w drugiej ręce. Kolejna fala krwi trysnęła i wypłynęła na podłogę. Ponowny krzyk cierpienia rozniósł się po mieszkaniu. Przymknęła na chwilę oczy, napawając się tą chwilą. Przekonana słusznością swoich czynów, czuła się sprawiedliwością. Wiedziała, że sama daje najlepsze lekcje życia dla tych, którzy się stoczyli.
Nie mogła dłużej tu zostać. Zaraz sąsiedzi powiadomią policję, że coś się dzieje. Czas na wycofanie się.
– Tak do twojej wiadomości, to kara za włamanie i kradzież – odezwała się, patrząc na leżącego i krwawiącego mężczyznę. Gdy sobie przypomniała, co zrobił, poczuła do niego jeszcze większy wstręt i nienawiść. Jednakże nie pozwoliła, aby wściekłość nią zawładnęła. Nie miała już na to czasu. – Karma to suka, co? – prychnęła cicho. – Teraz sam zobaczysz, jak to jest być niepełnosprawnym i nie mieć niczego – rzekła beznamiętnie, po czym skierowała się w stronę okna, przez które mogła wyjść na schody przeciwpożarowe. Nieśpiesznie zaczęła schodzić, nie przejmując się, że krople krwi spływały z klingi i pozostawiały ślady jej ucieczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Żadnego spamu! Nigdzie!

Jeśli zignorujesz moją prośbę, nie zdziw się, gdy będę dla ciebie wredna.